Lifestyle

Dlaczego pomyślałam, że to depresja

Jest listopad. Czuję zmęczenie, cały czas. Mimo że mam za sobą miesiąc urlopu, z czego połowę spędziłam robiąc na drutach i oglądając seriale. A jednak budzę się co rano całkowicie wyczerpana.

(Wiem, że to nie tarczyca czy niedobory witamin, bo badam je regularnie i łykam karnie wszystkie przepisane tabletki.)

Nagle nie umiem wykonywać prostych zadań. Przykład: mam do napisania maila mającego trzy linijki. Nie muszę pozyskiwać do niego żadnych informacji, po prostu napisać i wysłać, sprawa załatwiona. Ale nie umiem tego zrobić; zaczęty mail wisi półotwarty tygodniami.

Nie umiem wykonywać zadań złożonych. Przerażają mnie tak samo jak wspinaczka na Everest albo płynięcie statkiem przez ocean. Nie pomagają zwyczajowe metody przełamania lęku. Sprawy piętrzą się tak długo, aż nie da się ich już dłużej odkładać.

Jestem zestresowana. Lęk przychodzi bez powodu – lub jego powód jest na tyle niedostępny mojej otępiałej świadomości, że nie potrafię go nazwać. Czasem mija, czasem przez dłuższy czas nie.

Zwijam się w kulkę na łóżku. Kiedyś czekałam na weekend, na koniec roku, na wakacje, na wyjazd, bo gorsze samopoczucie było efektem przemęczenia, więc wystarczyło doczekać odpoczynku. Teraz nie czekam na nic, bo czuję w sobie niepokój, że ten stan nie minie: czuję go w pracy, po pracy, na urlopie. Nie mogę go z niczym powiązać, wydaje się nie zależeć od żadnych zewnętrznych czynników. Otula moją głowę jak szara chmura przesłaniająca widok.

Znienacka ogarnia mnie przekonanie, że niczego już w życiu nie osiągnę, choć jednocześnie racjonalny głos w mojej głowie woła, że to bzdura. Przecież w życiu nie chodzi o osiąganie czegoś – a jednak ta myśl wywołuje we mnie rozpacz.

Nie potrafię się zaangażować. Problemy, które miesiąc czy dwa temu budziły we mnie żywą reakcję, dzisiaj wydają się błahe. Nie mam w sobie ochoty dyskutować albo forsować własnych pomysłów. Jest mi wszystko jedno jak będzie. Niemoc.

Śpię. Drzemka po południu, sen w nocy, w czasie pracy marzę o tym, bym tylko mogła znów zasnąć. Mój zegarek woła, że świetnie sobie radzę, bo śpię już 20% ponad wyznaczony cel. Dla tych algorytmów jako problem ze snem liczy się tylko jego brak.

Nie każdy dzień taki jest. Złe dni przeplatają się z dniami normalnymi, kiedy sprzątam, robię pranie, planuję, kończę wiszące zadania, ciach, ciach. Nawet w trakcie złego dnia czasem w trakcie spotkania coś się we mnie odblokuje i przez pół godziny jestem taka jak zwykle, schodzi ze mnie ta przerażająca obojętność.

Tylko że te dobre dni są krokiem w tył, jeśli chodzi o nazwanie i leczenie mojego stanu. Obiecują, że już przechodzi, że samo przejdzie. Udają, że to był tylko gorszy dzień, a każdy ma gorsze dni, więc nie ma się czym przejmować. Sugerują, że przesadzam, że rozdmuchuję własny stan, że się nad sobą użalam.

W dniu, w którym poszłam do lekarza, obudziłam się właśnie z tym poczuciem, że mam lepszy dzień. Nawet przeszło mi przez myśl, że może nie ma po co iść do lekarza, po co robię dramat. I wtedy koło południa przyszedł atak paniki, zupełnie bez bodźca: nagły ucisk w klatce piersiowej, skrócony oddech, poczucie przerażenia nie do końca wiadomo, czym. Minął, ale wiedziałam już dokładnie, dlaczego ta wizyta to nie kaprys.

Lekarka posłuchała mnie przez chwilę. Zadała wiele bardzo konkretnych pytań, przewidując od razu, jaka będzie moja odpowiedź. Na koniec popatrzyła na mnie ze współczuciem i powiedziała: „oczywiście, pani cierpi”, a ja się rozpłakałam.

Dostałam leki, od których kręciło mi się w głowie – siedząc w krześle, płynęłam łódką. Codziennie czekał na mnie nowy skutek uboczny, ale żaden nie wzbudzał we mnie poczucia beznadziei i bezsensu, bo każdy zawrót głowy przybliżał mnie do poczucia się normalnie.

Dziś czuję się normalnie.

Trzymałam ten wpis w szkicach od dwóch miesięcy. Dziś go opublikuję, bo mamy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Przez wiele lat powtarzałam mniej więcej raz w roku, że przechodzę właśnie epizod depresyjny, ale gdzieś z tyłu głowy miałam tę myśl, że może nie mam prawa tak mówić, bo przecież nikt nigdy nie postawił mi diagnozy. A okazało się, że poczucie było słuszne. I w sumie nic dziwnego – według różnych źródeł w Polsce na depresję choruje 1,5–2 mln osób, kobiety dwukrotnie częściej niż mężczyźni. Statystyki za lata 2020–2021 pewnie będą jeszcze wyższe.

Dbanie o zdrowie psychiczne nie powinno się niczym różnić od dbania o zdrowie fizyczne. Czasem po prostu trzeba pójść do lekarza, który powie „wiem co pani jest”. Jeśli coś wam dolega – idźcie po pomoc (jeśli macie taką możliwość; wiadomo, dostępność opieki psychologicznej i psychiatrycznej w Polsce to tragedia, ale nie o tym jest ten wpis).

Author

Jestem fotografką, socjolożką, projektantką, blogerką, dziewiarką, nauczycielką, dziewczyną, studentką, tłumaczką, feministką, analityczką, hipochondryczką, akademiczką, hafciarką, millenialską, podróżniczką, panią z rekrutacji, pracoholiczką, mishówką, polonistką, własnością kota, autorką, prządką, amatorką karaoke, ciocią i bałaganiarską pedantką.