Japonia Lifestyle

Kimono sprzed stu lat

Pchle targi

Czasem na rozłożonej na ziemi płachcie leży po prostu góra materiałów, bez początku i końca, nieustannie mieszana rękami kupujących, jak dzieża rosnącego wolno ciasta. Czasem obok tej góry stoi jeden wieszak, na którym wiszą wyjątkowo przyciągające wzrok znaleziska. Nad górą – napis, po japońsku i po angielsku, że jeśli znajdziesz dla siebie dwa albo trzy egzemplarze, to zapłacisz tylko 35–70–100 zł. Albo dostaniesz pas gratis. Albo służący do jego przewiązania kolorowo pleciony sznur.

Czasem nie ma góry, zamiast niej są stoły, a na stołach – rzędy ubrań poskładanych w równą kostkę, eksponujących wzór i połysk materiału. Wtedy trudniej przeglądać, trudniej ocenić, czy doby rozmiar, czy nie za wąsko, bo od razu robi się na tym stole bałagan, zaraz ktoś przychodzi, zadaje pytania, człowiek nieudolnie próbuje zwinąć co wyjął, robi tylko większe zamieszanie, nie mówiąc już o przyłożeniu do siebie, czy będzie pasować w biodrach, czy się jednak rozejdzie.

Najczęściej jednak jest wieszak, jeden lub pięć, lub pięćdziesiąt, a na wieszakach wywieszona cała oferta, ułożone kolorami, czarne z białymi znakami rodowymi osobno, te z rękawem długim do ziemi, te najbardziej kolorowe, najbardziej połyskliwe – osobno, najbardziej na widoku, bo ludzie są jak sroki i garną się do tych kwiatowych wzorów, do intensywnych kolorów.

Przeglądałam te stoiska dłońmi, każde po kolei. Na takim targowisku można przebiec przez wieszak palcami, jak przez płynący strumyk, i ja to właśnie robiłam, szukając materiału przyjemnego w dotyku. W sklepach odzieżowych w Polsce głaszczę tak zwykle swetry, szukając bawełny, oddzielając wełnę od akrylu, i nieźle mi to po latach praktyki wychodzi. Tu było trudniej, bo jeśli chcę odróżnić jedwab od poliestru, nie wystarczy dotyk; sztuczne włókno może mieć podobną teksturę, gładkość, udawać szlachetność, nawet połysk. Japończycy są w poliester zbyt dobrzy, więc nie ufam sama sobie. Od Stasi dowiedziałam się, że mogę też szukać dźwięku, bo jedwab po zgnieceniu w dłoni brzmi jak spacer po suchym śniegu. Szukam tego jedwabiu, bo nie lubię poliestru; w poliestrze pocę się jak szczur, moja skóra od razu wie, że to jakieś oszustwo (wiem, że nie na każdego tak to działa, na mnie akurat tak).

Znalezisko

To kimono znalazłam właśnie tak; między dziesiątkami innych, które w dotyku niczym nie różniły się od sztucznych sukienek, zatrzymałam się w pół kroku przy dwóch. Zielone podobało mi się mniej, było zresztą mniejsze, a moje biodra są raczej szerokie (zwłaszcza mierzone według japońskich standardów), więc przyjrzałam się bliżej niebieskiemu. Obejrzałam je, uczyniłam mentalną notatkę, obeszłam pół targu, wróciłam. Pan powiesił je dla mnie na wyższej rurce w namiocie, rzucił, że to kimono ma sto lat, w co nie uwierzyłam, i poszedł. Zobaczyłam plamy na rękawie i kołnierzu, przetarty brzeg, drobne dziurki tu i ówdzie. Odwiesiłam. Wróciłam po kwadransie, dalej wisiało. Przyłożyłam do siebie, oceniłam, że będzie wąskie w biodrach, odłożyłam z powrotem.

Wróciłam po nie już prawie schodząc z targu, raz się żyje, kosztowało ledwo sto złotych. Kolejne pół godziny spędziłam szukając do niego pasującego obi na stoisku, gdzie pan najpierw objaśnił mi, że w ten upał nie je się ramenu tonkotsu, tylko somen z jajkiem, a później doradził kolorystycznie i dorzucił w prezencie dwa obijime i dwa koshihimo; a potem kręciłam się jeszcze długo między stoiskami, myśląc gorączkowo, czy nie przydałyby mi się jeszcze jakieś akcesoria, których trochę na targu można było kupić.

(Nie poszłam tego dnia na japoński, za mocno przygrzało mi słońce i wróciłam do domu napić się jęczmiennej herbaty. Ale to nic, bo podczas rozmowy targowej zaliczyłam moje pierwsze nihongo jōzu, więc najwidoczniej mogłam sobie tę jedną lekcję odpuścić…)

Włożyłam je raz, żeby zobaczyć, czy mi się uda. Całkiem się udało, nawet zawiązałam na sobie obi w prosty kokardkowy węzeł bunko musubi, zrobiłam sobie zdjęcie z radości, a potem zorientowałam się, że poza plamami jest właściwie dość przykurzone i przydałoby mu się pranie.

Czyszczenie

Jedwabnego kimono nie pierze się w pralce. Można próbować w jednej z japońskich pralni, których pełno na każdym rogu, ale czy ja wiem, a co jeśli to kimono faktycznie jest przedwojenne i taki narożny Carnival się nie zorientuje, i stanie się z tym materiałem jakaś katastrofa?

Wyszukałam sobie w Internecie miejsce, któremu mogłam bardziej zaufać: gdzie sprzedawane są używane kimona, gdzie można sobie kimono uszyć na miarę, przerobić, naprawić i wyczyścić. I wybrałam się tam jednego dnia, nerwowo powtarzając w myślach trzy umyślone zdania po japońsku: jedno, że kupiłam to kimono na świątynnym targu, drugie, że jest trochę brudne, i trzecie: czy możemy porozumiewać się po angielsku.

Ufając instrukcjom Google, trafiłam pod niepozorną machiyę: japoński dom kupiecki w starym stylu, których w Kyoto jest nadal bardzo dużo. Na parterze okna i drzwi do machiyi są osłonięte przez drewniane żaluzje (kōshi), co sprawia, że z zewnątrz nie widać, co jest w środku. Ta akurat miała taką żaluzję z bambusa. Nie wpadłam na to, że sklep, do którego zmierzam może się mieścić w machiyi; stałam pod nim dobrych pięć minut zanim zebrałam się na odwagę, żeby wejść do środka.

Najpierw weszłam do przestrzeni osłoniętej już przez żaluzje, ale jeszcze na zewnątrz budynku (na pewno jest na to japońska nazwa, ale nie udało mi się jej znaleźć). W tym przedsionku stał wielki kosz z tanimi rzeczami: uszkodzonymi kimonami, obi, akcesoriami, kawałkami jedwabiu. Powstrzymałam się, choć nie bez trudu, przed jego przerzuceniem i wybraniem czegoś dla siebie.

Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam przesuwane drzwi. Te japoński drzwi mają uchwyt położony nisko, więc nawet jeśli zapomnisz o ukłonieniu się na dzień dobry, architektura w tym pomaga. Weszłam cicho do środka i znalazłam się w dużym genkanie – przestrzeni, w której należy zdjąć buty.

Tak. Choć wcale tego nie planowałam, trafiłam do jednego z tych starych japońskich sklepów, w których trzeba zdjąć buty, żeby załatwić swoją sprawę. Poczułam narastającą panikę: taki układ sugeruje dłuższą interakcję, prawdopodobnie w języku japońskim, a wcale nie byłam przekonana, że jestem na to gotowa.

Na wejściu przywitała mnie ubrana, jakże inaczej, w kimono starsza pani. Pokazując przyniesione w torbie znalezisko, wyrecytowałam niepewnie przygotowane wcześniej po japońsku zdania. Ku mojej uldze, pytanie o angielski spotkało się z obiecującym (tym razem) chotto i zostałam zaproszona do środka.

Zdjęłam buty i przeszłam, lawirując między leżącymi wszędzie wieżami kimon, do zajmującego dobrą część mise no ma stołu. Tam zobaczyłam tablet z otwartym Google Translate i poczułam się spokojniej – czego nie zrozumiem, będzie mi przetłumaczone.

Kimono wylądowało na stole, ostrożnie rozłożone, i zostało obejrzane na wszystkie strony. Które plamy najbardziej cię martwią?, przeczytałam pytanie na tablecie. Wskazałam te na rękawach i kołnierzu, ale pani przyjrzała się uważnie całej powierzchni. To kimono ma około 90 lat, napisała, i samo pranie prawdopodobnie nie wywabi tych plam. A więc jednak pan na targowisku mówił prawdę! Oznaczając wszystkie niedoskonałości okrągłymi papierowymi naklejkami, zaproponowała, że może poprosić o konsultację specjalistę od renowacji japońskich tkanin, który może przywrócić kimono do dawnej świetności, tak że będzie wyglądało tak jak wtedy, kiedy zostało uszyte. Stwierdziła też, że podszyje wyświechtany brzeg i podsumowała koszt zabiegów.

Nasza konwersacja trwała blisko godzinę, ale to raczej dlatego, że upierałam się przy ćwiczeniu mojego wątłego japońskiego. Okazało się szczęśliwie, że naprawy mogą być wykonane przed moim wyjazdem z Kyoto – tak, pranie, podszywanie i konsultacja kolorystyczna miały zająć ponad miesiąc.

Odebrałam kimono tydzień przed wyjazdem, zapakowane w papierową teczkę tatōshi. Tym razem sklep był pełen klientów.

Noszenie

Szczęśliwie, mimo naprawy przetartego brzegu kimono jest nadal dostatecznie długie, żebym mogła je z przyzwoitym rezultatem włożyć. Żal mi tylko, że nie umiem go tak ładnie na sobie ułożyć, jak to robią specjalistki od kitsuke, bułczy mi się ohashori zamiast grzecznie płasko przykrywać koshi himo; a nawet jeśli już opanuję jakoś niepoddające się prośbom i groźbom kołnierze kimona i jubanu, to zazwyczaj po tańcu przy wiązaniu pasa obi odkrywam, że wszystko się poprzesuwało. Zaprawdę, powiadam wam, te szkoły kitsuke nie są po nic!

Ale nie poddaję się. Zamawiam kolejne akcesoria, spłaszczający biust specjalny kimonowy stanik, różne rodzaje usztywnień kołnierza, inny rozmiar poduszki podtrzymującej węzeł otaiko… I następne kimona.

Ułamek mojego tansu.

Miałam zamiar przywieźć sobie z Kioto na pamiątkę jedno haori. Potem pomyślałam, że chciałabym też yukatę z pasem (przywiozłam dwie). Ale nie kimono, do kimona trzeba mieć specjalną bieliznę, buty, mnóstwo pasków, juban, klamerki do wiązania obi… Po co się w to pakować, jeszcze mi się spodoba i co ja z tym w Polsce zrobię?

I co? Wracając, wiozłam ze sobą jedną walizkę w połowie wypełnioną kimonami, a w drugiej połowie – książkami o tradycyjnej japońskiej kulturze. Dzisiaj cała jedna (z czterech) półek w szafie to kimona, obi i różne do nich akcesoria. A tragedią ostatnich tygodni jest dla mnie zamknięcie się Ichiroyi, jednego z moich ulubionych źródeł wiedzy o kimonowych motywach, krojach czy materiałach. I tak się to kończy, kiedy próbuję robić skromne plany!

Targ: Tenjin-san przy świątyni Kitano Tenmangu w Kyoto, mój ulubiony
Sklep: Ochikochiya w okolicy Shijō dōri w Kyoto

Author

Jestem fotografką, socjolożką, projektantką, blogerką, dziewiarką, nauczycielką, dziewczyną, studentką, tłumaczką, feministką, analityczką, hipochondryczką, akademiczką, hafciarką, millenialską, podróżniczką, panią z rekrutacji, pracoholiczką, mishówką, polonistką, własnością kota, autorką, prządką, amatorką karaoke, ciocią i bałaganiarską pedantką.