Kultura

Nie znam tego miasta (Marcin Kącki, „Oświęcim. Czarna zima”)

Kącki Oświęcim Czarna zima

Oświęcim, o którym napisał Marcin Kącki, nie przypomina mojego miasta.

Moi rodzice przyjechali do Oświęcimia z Dolnego Śląska w 1990 roku, kiedy miałam rok. W 2007 roku wyjechałam do Krakowa na studia i do Oświęcimia na stałe już nie wróciłam. Mieszkają tam nadal moi rodzice, siostra i siostrzeniec. Czasem ich odwiedzam (rzadziej niż bym chciała). Ktoś mi więc pewnie powie, że co ja tam wiem, skoro mieszkałam tam tylko 17 lat. Ale wiecie jak to jest – czasem czujemy, że jesteśmy z tego miasta, gdzie dorastaliśmy, niekoniecznie z tego, gdzie się przenieśliśmy. W Krakowie mieszkam już 13 lat, w zasadzie całkiem niedługo będę tu mieszkać dłużej niż w Oświęcimiu; ale nie wiem, czy kiedykolwiek poczuję, że jestem stąd, tak jak myślę, że jestem z Oświęcimia.

Kącki nie pisze prawie o takich ludziach jak ja. Historie, które wybiera opowiadają mu raczej mieszkańcy, których rodziny mieszkają w tych rejonach o wiele dłużej – czasem tak długo, że sami nie wiedzą, kiedy się tam sprowadzili. To osoby, w których rodzinach historia obozu i historia rodu splatają się nierozerwalnie: dziadkowie i babcie pomagali więźniom albo sami byli więźniami, rodzice opowiadali o odbudowywaniu domu z materiałów z obozowych baraków albo o poszukiwaniach złota po ofiarach wśród popiołu i rzecznego mułu. Moja rodzina nie ma takich historii – ma inne: brat dziadka, który poszedł na wschodni front i do dziś nie ma pewności, czy zginął w Katyniu, czy pod Brześciem, babcia uciekająca na zachód przez rzezią wołyńską czy prababcia wywieziona w czasie wojny na roboty do Niemiec, o której teraz moja mama mówi, że pod koniec życia przysyłała nam do Oświęcimia paczki z jedzeniem, bo nie wierzyła, jak można tu żyć. Ale chociaż teraz jesteśmy z Oświęcimia, to nie ma w naszych rodzinach tak poruszających obozowych historii, jak te przytaczane przez Kąckiego w jego reportażu.

Bo dla Kąckiego dzisiejsze problemy oświęcimian nierozerwalnie umocowane są w przeszłości tego miejsca. To jest dla mnie jego teza, w stu procentach podporządkowane pod nią są wszystkie poruszane przez niego tematy. Jeśli mowa o szkole – to takiej, gdzie w hymnie jest o piekle Birkenau. Jeśli mieszkańcom osiedla przeszkadza okropny zapach unoszący się nad okolicą – to odpowiedź zawiera historię IG Farben budowanego przez więźniów. Jeśli jego bohaterowie gdzieś mieszkają, to w Willi Hössa albo w domach budowanych po wojnie z desek czy płyt wynoszonych z obozu. Jasne, my, mieszkańcy zwykłych bloków na osiedlu nie dostarczamy takich makabrycznych skojarzeń jak historie przywoływane przez reportera, a książkowa historia czymś musi się karmić. Ale czytając, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ta książka przywróci miastu reputację miejsca zamieszkanego przez, jak to ujęto w rozdziale dotyczącym mieszkańców willi, „pojebów” grzebiących w ziemi, z której wyłażą ludzkie kości.

Może moje doświadczenie Oświęcimia jako miejsca do życia jest faktycznie mocno odmienne od doświadczeń innych i to ja żyję w bańce?

Może gdybym mieszkała na Zasolu, a nie na Osiedlu Chemików, to obóz byłby obecny w moim życiu na co dzień? (Nie do końca w to wierzę, bo jednak większość ludności Oświęcimia jest napływowa, więc bez obozowej przeszłości – często ściągnięta do pracy w zakładach chemicznych, jak mój Tato). W naszym domu o obozie właściwie się nie mówiło; myślę, że rodzice chronili nas przed tym tematem i dopiero kiedy szkoła go przyniosła, jakoś pojawił się on czasem w rozmowach. Pierwszy raz odwiedziłam obóz będąc nastolatką, kiedy wujek będący w odwiedzinach zapytał, czy może przy okazji zwiedzić Muzeum. Niewiele wtedy z tego rozumiałam, choć już niedługo potem zaczęło się regularne chodzenie do obozu na kolejne rocznice w ramach reprezentowania szkoły. Pamiętam któreś obchody rocznicy wyzwolenia obozu, 27 stycznia (mam te daty wdrukowane w głowę i nigdy ich nie zapomnę, poza 27 stycznia jest jeszcze 14 czerwca, rocznica pierwszego transportu), staliśmy w Brzezince przy pomniku podczas uroczystości; jedyne moje wspomnienie, to to, jak bardzo było zimno i jak trudno było wystać na mrozie. Kącki zaraz zestawiłby to z cierpieniem więźniów, bo to taka oczywista paralela (a on lubi te paralele) – ale w mojej głowie chyba nie było takiego skojarzenia.

Co pewnie zrozumiałe, Kącki patrzy na Oświęcim okiem kogoś z zewnątrz i chyba aż do końca nie umie wyjść z tej perspektywy. Może nawet nie próbuje? Wszystko mu się kojarzy, zresztą sam o tym mówi, reklamy samochodów na gaz czy tam niemieckich systemów kominowych wydają mu się ironiczne. Momentami odnoszę wrażenie, że należy do tych osób, dla których restauracja na rynku w mieście położonym obok obozu jest niestosowna, skoro czuje się w obowiązku podkreślać, że ktoś opowiadający mu historie o obozie czy wojnie miesza łyżeczką lody w pucharku. Normalność go zadziwia. Co rusz widzę te jukstapozycje w prowadzonej przez niego narracji i skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie nie irytują. Tak, ludzie w Oświęcimiu jedzą lody. Mimo ruin krematoriów kilka kilometrów dalej.

Książka Kąckiego zaczyna się profilem chuligana, który – między innymi przewinami – w tureckim kebabie pobije rozmawiającego po niemiecku ze znajomymi Austriaka odrabiającego w Oświęcimiu służbę wojskową, pracującego w Café Bergson. Jest 2018 rok: w Polsce w Marszu Niepodległości maszerują neofaszyści z Forza Nuova, w Europie nie słabą nacjonalistyczne głosy rozlegające się gromko od czasu szczytu kryzysu uchodźczego w latach 2015-16. Ledwo dwa lata wcześniej w Warszawie pobito w tramwaju profesora, który rozmawiał po niemiecku. Kiedy czytam tę historię w książce Kąckiego czuję jednak, że nie znalazła się tu ona ze względu na to, w jak przerażającą stronę obraca się cały nasz świat z rosnącą gdzie się nie obejrzeć ksenofobią i nacjonalizmem. Tu chodzi o to, że niemiecki i że Oświęcim; to jasny kontrast z tym, co kiedyś w tym samym mieści ludzie mówiący po niemiecku robili tym, którzy po niemiecku mówić nie chcieli. Ale jednak czuję się podczas lektury trochę nieswojo, i to nie w ten sposób chyba, o jaki chodzi autorowi. Po prostu wydaje mi się, że ta nadana okiem kogoś z zewnątrz ironia nabiera niezbyt uzasadnionego, przyczynowo-skutkowego charakteru. Czuję pod skórą retoryczne nadużycie. To chyba jednak nie jest tak, że na tej przyległej do obozu ziemi wylęgają się chuligani z innej gliny od tych palących tęczę na Placu Zbawiciela – choć pewnie autorowi trudno było się oprzeć, za nisko wisiał ten owoc.

Bo jeśli chodzi o coś odwrotnego: o to, żeby pokazać, że takie historie jak wszędzie (ech), kiedy zdarzają się w Oświęcimiu, to mają inny całkiem wydźwięk i ciężar, i powinny przejmować grozą, bo są odległym echem tego, co niewysłowione w swoim okrucieństwie… to ja tego tak nie przeczytałam i przyszło mi to do głowy dopiero po lekturze którejś z facebookowych minirecenzji. (A może całkiem czytam tę książkę na odwrót?)

Swoją drogą, te mini- i maksi-recenzje… „Reportaż z miasta umarłych”, zachęca na profilu autora jeden z jego znajomych. Przeszedł mnie dreszcz, przecież to zupełnie nie tak, przecież to zupełnie na odwrót. „Pierwszy współczesny reportaż o Oświęcimiu”, zaczyna się inny (tego samego autora). Nie wiem, jak się czuję z nazywaniem współczesnym reportażem książki tak wiele stron poświęcającej wykładaniu historii. Czytam, że Kącki jest „obiektywny” i „tylko się przygląda” i myślę, że chyba oszalałam, bo przecież jest dokładnie odwrotnie, przecież dobiera sobie rozmówców pod temat; jak można mówić, że według niego „perspektywa miasta-muzeum zakłamuje obraz”, skoro ten antagonizm podkreślany jest w poprzek całego tomu, bardziej niż kiedykolwiek spotkałam się mieszkając w tym mieście?

Mimo tych przeróżnych lekcji o lokalnej historii, które organizowano nam w szkołach, dowiedziałam się z „Czarnej zimy” rzeczy, o których nie miałam pojęcia.

Historia fabryki Haberfelda (ja pamiętam ją tylko z wczesnego dzieciństwa jako ruinę podpartą sypiącym się rusztowaniem, pod którym trzeba było szybko przechodzić z obawy, że coś spadnie na głowę), Oświęcim jako centrum handlu ludźmi w XIX wieku (co najbardziej zaskoczyło mojego Tatę), skąd się wzięło Centrum Żydowskie i Café Bergson. Mama mówi mi, że „tego ostatniego Żyda” można było spotkać często na mieście, a kiedy czytam o pogromie Romów w 1981 roku, zauważa, że „chodziłaś do podstawówki z romską dziewczynką” (czym całkowicie mnie zagina, bo za nic nie mogę skojarzyć, która z moich koleżanek mogła mieć romskie korzenie; dzieci zresztą nie widzą takich rzeczy, póki im ktoś z dorosłych nie powie, ale to pierwszy raz, kiedy przekonałam się na własnej skórze o prawdziwości tego stwierdzenia). Kiedy czytam opowieści Kwiatkowskiego o dziejach Stowarzyszenia Romów w Polsce (mieliśmy tam kiedyś lekcję), na miejsce w głowie wskakują jakieś brakujące puzzle. Po lekturze fragmentu o krzyżach na żwirowisku wreszcie rozumiem, skąd wzięła się cała ta afera. Płakać mi się chce po lekturze fragmentu o profesorstwu Świderskich i nie mogę uwierzyć, że w moim liceum takie klimaty – przecież to ucząc się w tym liceum jeździłam ze szkolnym teatrem i spektaklem o Edycie Stein po Niemczech, regularnie bywałam przy różnych okazjach w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży, zaliczałam kolejne kursy uwrażliwiające na mowę nienawiści i uczyłam się o historii miasta…

Wielu odwiedzających Oświęcim nie może się otrząsnąć z tego, że obok obozu może toczyć się normalne, małomiasteczkowe życie. Że ludzie mają przyziemne problemy zamiast dumać nad okrucieństwami nazizmu każdego poranka. Dzieciaki albo ludzie mniej wrażliwi ujmują to czasem tym koszmarnym żarcikiem, kiedy ktoś mówi, że jest z Oświęcimia: „tak? a z którego baraku?” (skłamałabym, gdybym twierdziła, że nikt tak do mnie nigdy nie powiedział). Inni uprzejmie dziwią się czasem, że poza Muzeum jest tam jeszcze jakieś miasto. Ale wielu też nazwa „Oświęcim” w ogóle nie kojarzy się z KL Auschwitz, w czym można by upatrywać sukcesu wysiłków tych, którzy próbują zbudować miastu własną tożsamość. Po lekturze Kąckiego zastanawiam się, czy da się w ogóle jeszcze oddzielić Oświęcim od Auschwitz. Kącki zdaje się w to nie wierzyć, a ci, którzy w książce próbują przekonać go, że tak byłoby dla mieszkańców czy dla miasta lepiej, przyjmowani są z niedowierzaniem, czasem nawet wydaje mi się, że przedstawia się ich przez pryzmat niechęci do Żydów, którzy „z całego miasta chcą zrobić cmentarz” (to akurat nie przejaw antysemityzmu, tylko nawiązanie do konkretnych propozycji). A przecież autor sam pokazuje, że na cmentarzu nie da się żyć.

Może komuś, kto o Oświęcimiu pisze jako przyjezdny wydaje się to niemożliwe? Z ciężkim sercem kończyłam lekturę; rozdzialik o staroście Starcu, moim wuefiście z podstawówki (Mama nie jest pewna, czy mnie uczył, może tylko chłopaków z mojej klasy), który na grillu częstuje dziennikarza piwem z Dachau wzbudził niesmak pana (już) wicewojewody, podającego do lokalnej prasy, że autor włożył mu w usta słowa, których do niego nie wypowiedział. I jak by w rzeczywistości nie było, wyszła z tego średnio miła pewnie dla pana Starca karykatura, bo trudno to inaczej nazwać. Nie wiem też, jak ją czytać: z jednej strony pełni rolę zakończenia, a jako że nie skupia się na obozowych tematach, to może ma się sprawdzić jako oderwanie od momentami trudnej lektury. (Skojarzenie: jak miętówka po ciężkostrawnym obiedzie.) Z drugiej – może to wypowiedź polityczna, w końcu Starzec jest z PiS, więc pokazywanie jako takiego zaściankowego gościa, który ledwo poznanemu dziennikarzowi GW papla wszystkie swoje tajemnice przy piwku na grillu, kiedy to straż pożarna na zasadzie „rączka rączkę myje” usuwa pochylone drzewo służy ośmieszającemu celowi. W końcu może ta scena jest komentarzem autora do wysiłków życia w Oświęcimiu tak jak się żyje w innych miasteczkach: tylko w tym przypadku nakreślone we wcześniejszych rozdziałach konteksty przydają efektowi nieco za dużo śmieszności.

(Szkoda mi pana Starca, że się książką tak rozczarował; jednak nie wiem jak po „Białymstoku” mógł się łudzić, że celem Kąckiego jest reklamowanie miasta.)

Więc gdzieś z tyłu głowy pozostaje mi wrażenie, że w Oświęcimiu można być albo zanurzonym w historii, albo śmiesznym. Nie ma zbyt wiele pomiędzy. Ale może to tylko wrażenie.

PS Może nawet lepiej od książki o wrażeniach autora świadczy ten wywiad w Wyborczej.

Marcin Kącki, „Oświęcim. Czarna zima”, Znak, 2020.

Author

Jestem fotografką, socjolożką, projektantką, blogerką, dziewiarką, nauczycielką, dziewczyną, studentką, tłumaczką, feministką, analityczką, hipochondryczką, akademiczką, hafciarką, millenialską, podróżniczką, panią z rekrutacji, pracoholiczką, mishówką, polonistką, własnością kota, autorką, prządką, amatorką karaoke, ciocią i bałaganiarską pedantką.