Tak powinno wyglądać kimono experience

Kończę w tym roku 30 lat. Niby nic takiego, a jednak często przechodzi mi to przez myśl, dlatego wiele rzeczy, które w tym roku robiłam, organizowałam z myślą o tym, że to prezent. Ode mnie, dla mnie. Przyjeżdżając do Japonii nie miałam w myślach niczego konkretnego, ot, wpisywały się w tę kategorię bilety na Miyako Odori czy Naruto kabuki, lekcje gry na shamisenie, spotkanie z maiko w Gionie. Dawanie sobie w prezencie doświadczeń jest wspaniałe, ale czasem przechodziło mi przez myśl, że moja pamięć bywa bardzo ulotna i wiele z tych zachwytów z czasem zblednie. Może miło byłoby więc zaplanować coś, co odświeży mi kiedyś pamięć tego zupełnie z perspektywy powrotu do domu nierealnego półrocza?

Mieszkając w Kioto, widziałam turystów w kimonach i yukatach przy każdej mojej wizycie w centrum lub w bardziej popularnych turystycznie rejonach – im bliżej lata, tym było ich więcej. Po jakimś czasie opatrzyły mi się już najczęściej spotykane w wypożyczalniach wzory i kolory, nauczyłam się na pamięć tych kilku możliwych fryzur, odróżniałam z daleka klips z kokardą od zawiązanego odpowiednio pasa, i doszłam do wniosku, że to na pewno nie jest to, o co mi chodzi. Czasem spotykałam na mieście dziewczyny przebrane za maiko, gdzieś trafiłam też na takie zdjęcia, ale nie chciałam sobie sprawiać niczego, co byłoby czystą przebieranką, udawaniem kogoś, kim nie jestem.

Do tematu kimon w ogóle podchodziłam z początku bardziej niż ostrożnie. Wybrałam się do dość znanego sklepu z używanymi kimonami, do Harajuku Chicago w pasażu handlowym Teramachi, i przeraziła mnie ilość akcesoriów, jakie są potrzebne, żeby takie kimono z sensem włożyć i nosić. Jak może wiecie, przełamałam ten lęk całkiem szybko, co nie znaczy jednak, że jestem we wkładaniu kimona jakąś ekspertką, co to to nie, umiem co najwyżej włożyć ładnie yukatę, ale to dużo prostsze niż opanowanie wszystkich warstw składających się na eleganckie zawiązanie na sobie kimona.

(Yukata to najmniej formalny z typów kimona, nosi się ją bez wielu warstw pod spodem – zwykle to tylko taka cienka, zawiązywana halka albo koszulka ze spodenkami, co polecam w upały, bo spodenki lepiej chłoną pot – często jest dla przewiewności szyta z blendów bawełnianych albo konopnych, przewiązuje się ją zazwyczaj miękkim hanhaba obi, węższym niż inne typy, więc łatwiejszym do opanowania dla początkujących; do yukaty wkłada się drewniane sandały geta, bez skarpetek.)

Chociaż nie zdarzało mi się wyjść z domu w kimonie – w yukacie wyszłam całe dwa razy, na Gion Matsuri i na Mitarashi-sai – temat wydał mi się ogromnie interesujący. Ciekawiło mnie, jakie konwencje rządzą tym, jakie kimono wkłada się na jaką okazję, jak dobrać odpowiedni pas obi, jak można go zawiązać (i czemu większość pań na ulicach nosi tylko jeden typ węzła). Zaczęłam na ten temat trochę czytać, wybrałam się do Centrum Tekstyliów Nishijin w mojej dzielnicy w Kioto – słynącej z produkcji tkanin do kimon i pasów obi – potem kupiłam sobie pierwszą yukatę, pierwsze kimono, pierwszy zestaw akcesoriów i tak powoli napełniłam tematem kimonowym jedną z walizek, które przywiozłam ze sobą do domu; ostatni dzień w Japonii spędziłam spacerując po sklepach z używanymi kimonami w Tokyo, wzdychając nad tym, że nie mam już w portfelu ¥15000, żeby kupić sobie shibori furisode, którego nigdy nie włożę.

Ale kiedy w czerwcu wybuchła afera z Kim Kardashian i jej linią bielizny, która miała nosić nazwę „Kimono”, do mojej skrzynki mailowej trafił przez newsletter Japan Times artykuł komentujący całą sytuację, w którym pojawiła się Stasia Matsumoto: Polka mieszkająca w Tokio, zajmująca się organizowaniem sesji zdjęciowych w stylizacjach kimono, które sama wymyśla. Już po jednym rzucie oka na jej Instagram wiedziałam, że jej propozycja na kimono experience jest wyjątkowa: Stasia robi genialne zdjęcia, z zupełnie innej klasy jakościowo niż te fotki z wypożyczalni kimon, które wcześniej widziałam. Zakochałam się w klimacie jej sesji i po krótkim namyśle postanowiłam zaklepać sobie jeden z terminów w szybko kurczącym się sierpniowym kalendarzu.

Dzień przed sesją wybrałam się do mojej sprawdzonej trzy lata temu tokijskiej fryzjerki, Sachiko Handy, której kreacje też uwielbiam; poprosiłam o kreatywną koloryzację i to właśnie dostałam – różowo-niebieskie prześwity i cięcie, które miesiąc później nadal wygląda genialnie.

Mieszkaliśmy wtedy w Sumidzie, a Stasia organizowała swoje sesje w Meguro (teraz przeniosła się do Asakusy, niedawno otworzyła tam własną pracownię ze sklepem z używanymi kimonami), dlatego musiałam wstać bardzo wcześnie, żeby ułożyć te nowe włosy i dojechać na drugi koniec Tokio. Lekko deszczowy, upalny sierpniowy poranek. Spotkałam się ze Stasią na stacji i razem przeszłyśmy do jej mieszkania, w którym wtedy prowadziła stylizacyjno-wykładową część spotkania.

Plan wyglądał następująco: najpierw obejrzałam stylizację, którą Stasia przygotowała dla mnie na podstawie tego, co opisałam w formularzu rezerwacji (prośba jest o opisanie wyobrażeń na temat stylistyki sesji, wskazanie inspiracji albo życzeń specjalnych, ale też publicznych profili w social mediach, które dają wyobrażenie na temat stylu osoby, która będzie pozować do zdjęć). Nie pamiętam dokładnie, co tam napisałam, ale coś musiało być o tej mojej ostatniej fascynacji gejszami, bo w tę stronę poszła inspiracja. Zaświeciły mi się oczy natychmiast na połączenie czerni, czerwieni i fioletowo-białych detali, serduszko zatrzepotało radośnie na widok obi dekorowanego czerwonym, geometrycznym wzorem shibori, uśmiechnęłam się szeroko widząc detale w moją ulubioną asanohę i niekonwencjonalny pasek zamiast obijime. Nie chciałam zmienić nic!

Kolejnym punktem była opowieść Stasi o kimonach. Kiedy się spotkałyśmy, Stasia kończyła właśnie naukę w ramach dwuletniego kursu certyfikacyjnego specjalisty kitsuke, czyli sztuki noszenia kimon w szkole Aoyama Kimono Gakuin (dzisiaj ma już swój certyfikat i kontynuuje naukę na kolejnym poziomie wtajemniczenia). Dlatego nasza rozmowa była wspaniała i pełna dygresji, dodatkowych historyjek, wyciągania z półek kimon, które ilustrują to, o czym mówimy… Bardzo lubię spędzać czas z ludźmi, którzy mają mocną zajawkę na jakiś temat, a do tego dzielą się rzetelną wiedzą, więc czas przeznaczony na gawędę przeleciał mi nie wiem nawet kiedy.

Do wkładania kimona nie trzeba ze sobą przynosić żadnych specjalnych strojów: Stasia ma przygotowane wszystkie potrzebne do tego warstwy, wymyśla też sprytne sposoby na korygowanie sylwetki, tak żeby zbliżyć modelkę do „ideału”, czyli walca bez wcięć i nadmiernych krągłości. Dopasowując każdy element stroju, opowiada, po co się go wkłada, jaka jest jego historia i jakie są różne jego rodzaje, z którymi można się spotkać w świecie kitsuke. Jeśli gdzieś mamy odstępstwo od konwencji, też o tym rozmawiamy, bo o ile na potrzeby artystyczne można nieco zaszaleć, o tyle na oficjalne okazje trzeba by już ściślej przestrzegać zasad, żeby nie popełnić faux pas.

Za namową Stasi, na sesję wyruszyłam w drewnianych sandałach geta z dwoma zębami. Zachwyca mnie, jak bezwysiłkowo wygląda to na fotografiach – bo nie poruszałam się w nich zbyt prędko ani (w moim odczuciu) ze szczególną gracją 🤣.

Nigdy wcześniej nie pozowałam nikomu do zdjęć. Trochę się denerwowałam, czy nie uruchomi mi się tryb nerwowego chichotania i czy nie zrujnuję wszystkiego nieumiejętnością opanowania mimiki. Niepotrzebnie, Stasia umiała mną tak zakręcić, że ani się obejrzałam, a już się nauczyłam po prostu podążać za jej wskazówkami, ustawiać się w pozycjach, które mi pokazała i – bez chichotania – robić miny, jakie sugerowała; a do tego czułam się cały czas jak milion dolarów.

W kimonie zwracałam nieco uwagę przechodniów. Jedna pani na rowerze zatrzymała się przy nas i przyglądała się zdjęciom w budce telefonicznej z oczami jak spodki. Koło przejazdu kolejowego zatrzymał nas pan, który z emfazą zauważył, że nie wyglądamy jak typowe turystki z Asakusy. To trochę kwestia typowego w Japonii oceniania ludzi po wyglądzie: jesteśmy Europejkami, co widać z daleka, więc choćby informacja o tym, że Stasia jest certyfikowaną stylistką kimon, właścicielką tego, co mam na sobie oraz autorką stylizacji potrafi zagadujących Japończyków mocno zaskoczyć.

Nieco padało, więc była walka z wilgocią. Wiele warstw kimona ma w taką pogodę swoje wady i zalety: nie jest zbyt przewiewnie, za to ma się na sobie sporo materiałów, które mogą chłonąć wilgoć. (Przy yukatach wymyśliłam sobie w ogóle taki patent, że obwiązywałam się ręcznikiem na wysokości pod biustem, bo nie ma dla mnie nic bardziej nieprzyjemnego niż uczucie spływającej po plecach kropelki potu, a to trudne do uniknięcia latem.)

Niedaleko domu Stasi, wracając już właściwie, natknęłyśmy się na plac zabaw, gdzie z ukrytych za wielkimi kamieniami krat wydobywały się kłęby pary wodnej. Nie wiedziałyśmy, co to za miejsce; przypominało trochę suchy staw, pomalowany na niebiesko miękki grunt (jak te podłoża na placach zabaw) może udawał trochę lustro wody, ale skąd ta para wodna? Po co? Jakiekolwiek było przeznaczenie tej dziwnej lokalizacji, sprawdziła się nieziemsko jako tło do zdjęć.

Spędziłam ze Stasią blisko cztery godziny i było to jedno z najlepszych doświadczeń, jakie sobie sprawiłam podczas pobytu w Japonii. Kiedy będę znowu w Tokio, na pewno spróbuję odwiedzić Stasię w jej nowym sklepie w Asakusie, i was też do tego namawiam – czy chcielibyście zdjęć, jak ja, czy porozmawiać z kimś, kto snuje fascynujące opowieści i kimonach, czy kupić sobie coś w jej sklepiku (a Instagram donosi, że w planach asortymentu są nie tylko kimona).

inKIMONO
Stasia Matsumoto
Instagram: @inkimono