Japonia Języki obce

Ritsumeikan: nauka japońskiego

Dawno temu pisałam trochę o różnych metodach samodzielnej nauki języków, jakich próbowałam, w tym też oczywiście japońskiego. Tu można sobie popatrzeć, co tam było.

Przyjeżdżając na wymianę na RU, mogłam wybrać jedną z dwóch ścieżek w ramach programu Study in Kyoto: ścieżkę anglojęzyczną (Open Study in English, OSE) lub intensywny kurs japońskiego (Intensive Japanese Language, IJL). Zdecydowałam się na studiowanie po angielsku.

Wydało mi się to rozsądne – angielski znam, japońskiego nie; studiuję socjologię, nie japonistykę, więc trudno by mi było uzasadnić, czemu chcę się uczyć języka i niczego innego; do tego zawsze to okazja do poużywania angielskiego na akademickim poziomie, możliwość realnego dowiedzenia się czegoś więcej o japońskiej kulturze czy społeczeństwie, wbicie się na seminarium i rozmawianie z innymi o moich badaniach.

Do tego miałam ciągle w pamięci, że moje własne próby z japońskim nie przynosiły spektakularnych efektów, bo słowa za nic nie chciały się mnie trzymać. O ile jeszcze znaczenia prostych znaków kanji nie sprawiały mi wiele problemu, to już zapamiętanie słów i fraz było bardzo trudne; sylabiczność japońskiego sprawia, że bardzo często zapamiętuję spółgłoski, ale potem z trudem szukam właściwych samogłosek.

Więc nie chciałam się rzucać na głęboką wodę: w końcu w tym semestrze mam też do napisania pracę magisterską, do tego szykuję się do aplikowania na studia doktoranckie, no i chciałabym trochę tego Kyoto i okolic w tym czasie zobaczyć.

Czy dobrze zrobiłam? I tak, i nie.

Dlaczego to była dobra decyzja

IJL to bardzo wymagająca ścieżka. Poznałam sporo osób, które są tu na różnych poziomach tego intensywnego kursu japońskiego (poziomów jest w sumie VII, od początkującego po pełną biegłość; większość osób, z którymi rozmawiam jest na poziomie IV i V, ale rozmawiałam też z osobami z I i II) i wszyscy jednym głosem mówią: jest ciężko. Ciągłe prezentacje, zadania domowe, wypracowania. Do tego wielostronicowe wykazy słówek i kanji, jakie zakuwają są naprawdę imponujące (i przerażające jednocześnie). Nie mają czasu na zwiedzanie, wycieczki, ta nauka wygląda na naprawdę jazdę bez trzymanki.

Więc z tego względu dobrze było nie decydować się na kurs intensywny. Mam dzięki temu czas na inne zajęcia, spacery, skupienie się na kulturze, a nawet na zajmowanie się polskimi sprawami – osoby na kursie intensywnym mają tego czasu o wiele mniej. A codzienne zadanie domowe załatwiam w kwadrans, a nie w parę godzin.

Dlaczego to była zła decyzja

Pierwsze lekcje nowego języka są zwykle ekscytujące. Pamiętam nasze pierwsze lekcje francuskiego w szkole: czułam się jak członkini elitarnego klubiku, trenując właściwą wymowę francuskiej głoski u, pozdrawiając się na korytarzach subtelnym salut i nazywając koleżanki i kolegów z naszej małej grupy francuskimi odpowiednikami ich imion.

Pierwsze lekcje japońskiego są trudne. Dla części mojej grupy nawet bardzo trudne: mam dużo szczęścia w tym, że po pierwsze, głoski japońskie i polskie są bardzo podobne, po drugie – zapisuje się je w transkrypcji za pomocą tych samych liter (zajęło mi ze dwa tygodnie zanim zorientowałam się, że to tu leży problem anglojęzycznych koleżanek! nasze „a” i angielskie „a” to przecież kompletnie inne dźwięki. Naprawdę im nie zazdroszczę), po trzecie, coś tam mnie już M. w tej japońskiej wymowie wcześniej przy okazji poprzedniej wycieczki wyćwiczył. Ale i tak: na dzień dobry w tydzień trzeba opanować hiraganę i w dwa dni katakanę. Jeśli ktoś wcześniej nie próbował, to pewnie będzie się miał ochotę szybko poddać.

Natomiast jako że ja troszkę już próbowałam, to mnie ten bardzo podstawowy japoński trochę nuży. Tempo jest dla mnie powolne; lekcje nieraz polegają na wspólnym, chóralnym odczytywaniu niedługiej listy słówek, jakie trzeba było opanować w ciągu tego tygodnia, raz, drugi, trzeci. Ucząc się hiragany, całe kwadranse spędzaliśmy na czytaniu na głos znaków z kart pokazywanych przez nauczycielkę. Powtórka przed kolokwium polega na wspólnym czytaniu na głos zadania domowego, co jest frustrujące, kiedy niektórzy studenci nawet nie próbują się podjąć czytania hiragany. Ponieważ jako osobowość praworządna dobra stosuję się do zasad i, zgodnie z zaleceniem z pierwszych zajęć, czytam podręcznik przed przyjściem na uczelnię, to potem patrzę w okno pół lekcji, kiedy nauczycielka wyjaśnia gramatykę reszcie grupy, która tych wyjaśnień nie czytała.

(Tak, bardzo dawno nie byłam na lektoracie. Ostatni raz – na francuskim na Erasmusie w Londynie, czyli 7 lat temu. Miałam wówczas podobne refleksje.)

Marzy mi się wyższe tempo (nawet mimo tego, że ostatnie dwie lekcje zauważalnie przyspieszyły). Więc może lepiej bym się czuła na najniższym poziomie kursu intensywnego. Ale z drugiej strony – potrzebuję tego wolnego czasu, którego wtedy bym nie miała, na inne moje sprawy. Więc taka jestem troszkę rozdarta między jedną a drugą ścieżką.

Jakie są plusy lektoratu w Japonii

Wspaniale jest być w sytuacji, w której nauczycielka może mnie poprawić! Pokazać, że ten znak to się jednak troszkę inaczej powinno pisać, że haczyk na końcu nóżki jest ważny i nie można sobie z niego po prostu zrezygnować. Albo że jedno zdanie brzmi bardziej naturalnie niż inne. Albo wyjaśni, czym się różnią rodzaje japońskich wachlarzy i co to znaczy, kiedy pani w sklepie mówi do mnie yokatta. Nasza lektorka jest w ogóle przesympatyczna i ma niespożyte pokłady energii oraz cierpliwości. Na zadaniu domowym przybija nam pieczątki i rysuje wielkie kwiatuszki na zaliczonych bez błędów kartkówkach. Kiedy kupiłam kimono, spędziła całą przerwę na rozmowie ze mną, upewniając się, że wiem, jak je przechowywać i jak o nie zadbać. Trochę mi żal, że będzie mnie uczyć tylko jeden semestr, bo ma w sobie taki ognik, który mówi, że nauczyłaby cię wszystkiego, jeśli tylko masz ochotę się tego japońskiego uczyć. A warsztat uczenia języka ma taki, że klękajcie narody, co ona się nagimnastykuje całe zajęcia, żeby wszystkich zaangażować i żeby nikt się nie czuł głupi; takiej roboty metodycznej to ja w życiu nie widziałam, na żadnej uczelni.

No i tak, plusem niezmiennie jest też to, że choćby się czasem już miało serdecznie dość i tego języka, i tych słówek, co się nie chcą czepić głowy jak rzep, to jak jest lektorat i trzeba trzy razy w tygodniu się na nim pokazać – to się go rzucić nie da.

Dosłownie. W ramach ścieżki OSE dostaliśmy, kto chciał i był początkujący, pozwolenie na chodzenie na lektorat japońskiego, ale nie było przymusu. Natomiast jeśli się kto już zapisał, to uciec z niego nie miał szansy. Trzeba chodzić i koniec!

Inny temat to systematyczna nauka języka w kraju, gdzie się w tym języku mówi. Nie miałam wcześniej takiego doświadczenia, bo kiedy wyjechałam do Anglii, znałam angielski już całkiem nieźle. Za to kiedy człowiek zaczyna od prawie zerowej znajomości języka, każda lekcja, każde omówione zagadnienie gramatyczne daje efekt odblokowania kolejnego levelu w głowie jeśli chodzi o rozumienie języka na co dzień. Z dnia na dzień zaczęłam (z grubsza) rozumieć panią w sklepie i kierowcę w autobusie. Oglądam Terrace House i wiem już, że kiedy coś jest kawaii, to dobrze, a kiedy kawaikunai, to niedobrze. Nawet jeśli nie znam słów, to słyszę coraz lepiej gramatykę, a znając gramatykę, o wiele więcej potrafię się sama domyślić. Kiedy ktoś obok mnie rozmawia po japońsku, częściej niż nie potrafię określić, na jaki temat. Yatta!