Wabi-sabi

Szykując się do wyjazdu, myślę o wszystkich aspektach podróży z drobiazgowością, która pewnie niektórym wydałaby się przesadzona. Od trzech dni rozważam, jakie spodnie i koszulkę włożę (sprawa nierozstrzygnięta dotąd, bo najlepiej nadające się spodnie nie mają kieszeni – więc może skończy się na sukience?), które buty najlepiej na nogi, a które do walizki (skończyło się kupieniem nowych butów), czy kupić sobie kompresyjne skarpety, podkolanówki czy rajstopy (mam po jednej parze każdego rodzaju, teraz myślę, których użyć)? Rzutem na taśmę chyba zorganizuję sobie jeszcze ekstra słuchawki z opcją wyciszenia otoczenia. Mówię sobie, że wszystko to przez lekko traumatyczne wspomnienie poprzednich przelotów Europa—Japonia.

Przypadkiem właściwie, przy okazji ostatniej wydawniczej wyprzedaży, zobaczyłam, że Karakter wydał na nowo Japonię utraconą Alexa Kerra. W moim świecie pełnym znaczeń to jak znak przeznaczenia: cóż innego mogłabym czytać w samolocie lecącym do Kansai?

Kupiłam swój egzemplarz w czwartek w najlepszym do tego miejscu: w księgarni Karakteru na Zwierzynieckiej.

Włożyłam książkę do torby i ruszyłam w miasto załatwiać sprawunki. Podjechałam do Plazy, sfotografowałam jej powolne zamieranie. Uczciłam projekt kawą w McDonaldzie, ostatnim miejscu w Plazie, gdzie można napić się kawy. Zeszłam na małe zakupy do Carrefoura: przejściówka do gniazdka, mokre chusteczki, plastry na otarcia. Przeszłam bokiem do Decathlonu poszukać koszulek na upał. Pusty kubek po kawie schowałam, z braku kosza w zasięgu wzroku, do torby.

Pół godziny później wyjęłam z tejże torby Kerra ociekającego resztką kawy.

Nie ma w tej przygodzie nic romantycznego, nic godnego pochwały. Nie zalał mi książki tajfun, nie wylałam na nią napoju w trakcie trzęsienia ziemi ani nawet nie na pokładzie Japan Airlines; nie, to efekt zupełnie prozaicznej głupoty, bo kto chowa papierowy kubek po kawie do torby, nawet nie sprawdzając, czy na pewno jest pusty? A co dopiero do torby, w której ma nową, wyczekaną książkę, której nawet nie zaczął jeszcze czytać? Nie stoi za tym zniszczeniem żadna związana z wyjazdem opowieść. Byłam na siebie bardzo zła.

Pierwsza myśl: trudno, muszę wrócić do księgarni i kupić kolejny egzemplarz.

Druga myśl: to głupie, po co mnożyć przedmioty, przecież ta książka zupełnie nadaje się do czytania.

Wysuszony po zmoczeniu blok nieco stracił foremność, ale nie przeszkadza to przewracaniu kartek czy postawieniu na półce. Cienki papier oprawy momentalnie wytarł się w zamoczonych punktach grzbietu. Blok książki zaciekł na brązowo, ale tylko w jednym miejscu. Rzuca się to wszystko w oczy o wiele mniej naocznie niż przez soczewkę aparatu.

Okleiłam urażone miejsca taśmą washi, którą przysłał mi z Tokyo M. przy okazji jego półrocza na wyspach. Sabi, rzeczy nie są wieczne.