Japonia

Osiedlanie się – pierwszy tydzień w Kyoto

Loty

Nie mogłam powstrzymać się od płaczu, lecąc w tę najbardziej podobno epicką podróż. Uparcie dopatrując się potencjału nostalgicznego w każdym geście i przedmiocie („ta ostatnia kanapka z serem”, co gorsza, „zrobiona mi o poranku na drogę przez M., a M. zawsze mi robi jedzenie, kiedy zapomnę zjeść, i kto mi jedzenie zrobi w Japonii”, „Kira, czy twoje futerko nadal będzie tak miękkie, kiedy wrócę, a ty nawet nie miaukniesz, jak ja na pół roku wyjeżdżam” i tak dalej), dawałam pełne pole do popisu odziedziczonej płaczliwości, która zwykle objawia się podczas oglądania filmów i reklam Allegro. Pół twarzy spuchło mi od popłakiwania, współpasażer w locie do Warszawy patrzył na mnie z niepokojem (no tak, to jest lot Kraków–Warszawa, pełen biznesmenów, czemu ktoś miałby ryczeć na tej trasie?).

Przygotowałam się dobrze do tej podróży. Absurdalnie drogie słuchawki wygłuszające sprawdziły się przy ryku silników tych małych, lokalnych samolocików, pierwszy raz chyba po opuszczeniu samolotu nie bolała mnie głowa. Odprawiłam się dzień wcześniej, żeby upewnić się, że będę mieć miejsce przy oknie podczas krótkich lotów,a przy przejściu podczas lotu długiego – dobra strategia, pozwala pofotografować chmury, ale i wyjść sobie nad Syberią do toalety bez budzenia współpasażerów, a przy tym można zawsze na moment wyciągnąć nogi w przejściu, kiedy akurat nikt z niego nie korzysta. Dostęp do bagażu na półce też jest łatwy, co ważne, kiedy przypominasz sobie o tym, że potrzebujesz długopisu, żeby wypełnić karteczkę do lądowania w Japonii (taki świstek, na którym się wpisuje parę informacji, większość prosta i do wpisania z pamięci; z trudniejszych tylko trzeba znać swój przyszły adres w Japonii, przynajmniej adres pierwszego hotelu, i numer paszportu) i deklarację celną. Bluza kangurka z dużą kieszenią to kolejny patent, z którego użyteczności nie zdawałam sobie sprawy; paszport zawsze pod ręką, a i chusteczki się zmieszczą, i telefon, i okulary, kiedy przysnę. A mało spałam, mój zegarek nawet tego snu nie odnotował, więc pewnie było to mniej niż dwie godziny.

Obejrzałam w samolocie Faworytę: co za znakomity film! I drugą część Fantastycznych Bestii: co za fatalnie poszatkowany scenariusz!

Imigracja

Lotnisko Kansai, na którym wylądowałam, znajduje się na sztucznej wyspie na morzu, więc lądowanie – oglądane przez pokładową kamerkę – wygląda dość nierealnie.

Byliśmy na miejscu ponad pół godziny przed czasem (więc tylko 9 godzin lotu), co zaskoczyło Japończyków, niemających dla nas gotowego rękawa – stąd czterdzieści minut oczekiwania w samolocie na wysiadkę. Na miejscu tłum, z terminalu jedziemy do głównego budynku pociągiem, a tam – kolejka do imigracji. W pierwszej chwili stanęłam w złej kolejce (choć teraz myślę, że to jednak moja wina, nie postąpiłam chyba zgodnie z przekazaną mi przez panią zarządzającą kolejką instrukcją) i po jednym dwudziestominutowym oczekiwaniu w kolejce zostałam przekierowana do kolejnej, półgodzinnej, specjalnej kolejki dla osób, którym należy się na wjeździe karta pobytu. Bo widzicie, okazuje się, że mi się należała z racji posiadania półrocznej wizy studenckiej. Nie zamierzam w tym czasie się zatrudniać, więc zgłosiłam panu w okienku, że „work? no, iie”, po czym odebrałam najbardziej błyszczącą od hologramów kartę, jakiej kiedykolwiek byłam posiadaczką. Dostałam też przy tym instrukcję, że muszę się w ciągu 14 dni pojawić w lokalnym urzędzie miasta lub dzielnicy, żeby zgłosić adres, pod którym przebywam.

Dzięki dwukrotnemu staniu w kolejce ominęła mnie konieczność ściągania ciężkich walizek z taśmy, bo zostały już do tego czasu przestawione pod tabliczkę dla spóźnialskich (taka odwrotność zagubionego bagażu – bagaż, któremu zagubił się właściciel). Przejęłam je prędko i pospieszyłam do odprawy celnej, która była moimi bagażami zupełnie niezainteresowana i tylko pobrała ode mnie wypełnioną na pokładzie deklarację. Sama wyjęłam z walizki worek z lekami na tarczycę, na które wcześniej załatwiałam pozwolenie inspektoratu farmaceutycznego (yakkan shoumei), po czym pan celnik uważnie przestudiował wydruk, przyjrzał się opakowaniom, podziękował mi i wskazał wyjście na lotnisko.

Krótko o pozwoleniu na wwiezienie leków: ogólnie według przepisów celnych można ze sobą mieć zapas leków na około miesiąc na prywatny użytek, ale jeśli mamy potrzebę wziąć ze sobą większą ilość (albo jeśli przyjmujemy jakiś ostro regulowany w Japonii lek), to trzeba to zgłosić wcześniej do inspektoratu. Wypełnia się wniosek o import leków, na którym wskazuje się dane leku, jego ilość, swoje dane i dane lotu, którym przylecimy. Do tego do każdego z wymienionych we wniosku leków wypełnia się kartę, na której wskazuje się dawkę, substancję czynną leku, jego przeznaczenie i dawkowanie. Do wniosku załącza się jeszcze receptę lub zaświadczenie od lekarza o tym, że bierzemy takie leki i kopię biletu lotniczego. Ten komplecik trzeba podpisać, zeskanować i wysłać mailem do jednego z trzech inspektoratów, w zależności od tego, na którym lotnisku będziemy lądować. W odpowiedzi dostaje się skan opieczętowanego odpowiednio wniosku, który trzeba okazać celnikowi razem z wwożonymi lekami na lotnisku (moja odpowiedź przyszła w mniej niż 24h od wysłania maila). W sumie prosta sprawa :-).

Z KIX do Kyoto

Lotnisko Kansai jest całe różowe i pełne chińskich turystów. Bardzo mi zależało na tym, żeby od razu na lotnisku kupić kartę z internetem do telefonu i wypłacić pieniądze, ale jak na złość – do jedynego sklepu, w którym sprzedawali sensowne karty była kolejka na godzinę czekania, nigdzie nie widziałam bankomatu, a kiedy trafiłam na automaty z kartami do internetu, moje zdolności percepcyjne zostały wystawione na ciężką próbę, gdy automat do rozmieniania grubych banknotów na tysiącjenówki nie chciał mojej tysiącjenówki rozmienić (tak, dobrze czytacie, próbowałam rozmienić ¥1000 na ¥1000; w całym niedospaniu nie zauważyłam, że banknot, który do niego wkładam to nie jest ¥10 000; nawet zdążyłam się zdenerwować i przejąć, że automat mnie oszukał, bo ja mu wkładam 10k, a on mi wydaje jedno 1k zamiast dziesięciu). Więc się poddałam.

W wyniku zamieszania przy imigracji i moich nieudolnych prób załatwienia czegokolwiek na lotnisku, spóźniłam się na zamówioną taksówkę do Kyoto. Na szczęście, choć mina pani w okienku nie była przesadnie przyjazna i sugerowała kłopoty – ale przyjęłam to z godnością, w końcu to ja byłam tą spóźnialską w kraju punktualności – mogłam pojechać kolejną, która odjeżdżała za jakieś pół godziny do godziny, zależnie od tego, kiedy zgłoszą się lądujący pasażerowie.

Pan taksówkarz w wielkiej czapce i białych rękawiczkach był bardzo mną przejęty, może nie wyglądałam za dobrze po tych wojażach, i co kwadrans pytał, czy wszystko w porządku. Pojechaliśmy autostradą przez Osakę do Kyoto i napatrzyłam się przez okno na industrialne, betonowe krajobrazy. Japonia nie zawsze jest piękna, powiedziałabym nawet, że czasem jest przerażająco paskudna, ale z drugiej strony – które miasta portowe na świecie nie są?

W Kyoto za to jest zupełnie inaczej. Ledwo wjedzie się do miasta i atmosfera się zmienia: budynki są niższe, uliczki – węższe, mnóstwo rowerzystów i roślin przed domami. Zaraz po wjeździe do miasta przesiadłam się do innego samochodu, nowa taksówka podwiozła mnie pod wskazany adres, pan kierowca pokazał mi palcem, który to budynek i odjechał, machając.

Mieszkanie

Manager domu, w którym zamieszkałam też zdążył się już o mnie zmartwić (musiał śledzić mój lot, bo tuż po lądowaniu samolotu wysłał mi maila z pytaniem, czy wszystko w porządku; a kiedy w południe jeszcze mnie nie było, upewniał się, że zmierzam – szkoda, że nie miałam internetu w telefonie i nie odpisywałam mu od razu). Biuro ma w budynku naprzeciwko domu, więc szybko przejął moje walizki i wskazał mi drogę do mojego nowego pokoju. W ten sposób przez całą podróż nie musiałam ani razu podnosić mojej 21-kilogramowej walizki :-).

Po wejściu do domu ściągamy buty i wspinamy się po bardzo stromych, drewnianych schodach na pięterko, prosto do słonecznej kuchni ukrytej za przesuwanymi drzwiami. W lewo prowadzi wąziutki, ciemny korytarz, na którego końcu jest wyjście na taras, gdzie mieści się pralnia (to nie ma wiele sensu teraz, gdy na zewnątrz jest 5–10 stopni, ale będzie miało, kiedy zrobi się cieplej). Zajmuję przedostatni pokój. Jest schludnie i nieco ciemno; mam małe okno nad biurkiem, ale nie daje ono wiele światła; zanim je otworzę, muszę poprosić o porządne założenie moskitiery. Poza tym akademikowy standard – łóżko, szafa, komoda, kosz na papiery i drugi na pranie, biurko z krzesłem i lustro z wieszakiem. Wszystko jasne i trochę używane, ale czyste. Najważniejsza rzecz: klimatyzator. Przyda się latem, ale i teraz, kiedy na zewnątrz zimno; to jedyny sposób na ogrzanie pokoju.

Rozpakowuję się w pół godziny; nie przywiozłam wcale tak wiele rzeczy.

Jetlag

Początkowo nie wiem nawet, czy go mam. W podróży spałam bardzo mało, więc kiedy pierwszego wieczoru kładę się spać o 22 i budzę o 11:30, myślę, że to właściwie bardziej zwykłe odespanie męczących lotów niż sygnał, że jestem trochę nieprzestawiona.

Ruszam w miasto i prawie wpadam w półkę w sklepie, zasypiając w pół gestu jak narkoleptyczka. Nie zdarzyło mi się to wcześniej, to niepokojące uczucie. Raz nie mogę zasnąć do 3 w nocy, innym razem padam na pyszczek o 19. Postanowiłam jetlag przechodzić, więc kiedy rano zwlekam się z łóżka o przyzwoitej porze, jak najszybciej się ogarniam i wychodzę, deszcz czy słońce, organizując sobie małe wyzwania, jak na przykład „znajdź spożywczak” czy „kup kartę IC i naucz się jeździć autobusem”.

Dobrą stroną jest to, że budzą mnie budziki, więc jest szansa, że nawet jeśli jetlag nie odpuści za szybko, to nie zaśpię do szkoły.

Okolica

Mam wrażenie, że osiedla w Kyoto są bardzo odmienne w klimacie od tych w Tokyo czy Wako, które widziałam dwa i pół roku temu. Budynki są niższe, to w większości jednopiętrowe domki a nie małe czy większe bloki. Tokyo przyzwyczaiło mnie do patrzenia w górę, bo na czwartym czy szóstym piętrze może się czaić dobra restauracja czy karaoke – w Kyoto patrząc w górę widzę słupy elektryczne, drzewa i ptaki. Miasto otaczają góry i często widać je zza budynków – widzę je nawet z okna, kiedy rozkręcę jego szklaną żaluzję i spojrzę ponad dachami domów.

Mieszkańcy Kyoto układają na chodniku stosy donic i doniczek. Początkowo raportowałam nawet, że mam obok domu kwiaciarnię, podczas gdy było to po prostu wieloelementowe dzieło sąsiadów. Przy roślinach często czai się jenot tanuki. Pełno jest otwartych na ulicę, parterowych warsztatów, o których nie umiem wiele powiedzieć, poza tym, że wyglądają jak pełne starych gratów garaże; nie wiem nawet, czy to są prywatne przestrzenie właścicieli, czy może jednak miejsca, gdzie można uzyskać jakąś usługę.

Na osiedlu, gdzie mieszkam, nie ma pułapek dla turystów, nie ma też wielu miejsc z jedzeniem. To dla mnie nowość, bo poprzednio mieszkaliśmy w domu gościnnym dla wizytujących badaczy, mieszczącym się na kampusie instytutu badawczego, który za oknem miał drogi przelotowe prowadzące do Tokyo i fabrykę, a nie osiedle. Jest bardzo cicho i bardzo pięknie. Wiśnie jeszcze niespecjalnie kwitną, ale można czasem trafić na śliwy albo na magnolie.

Bardzo, bardzo wczesna sakura (albo późne ume!).

Dojście gdziekolwiek zajmuje mi sto lat, bo co trzy kroki zatrzymuję się i robię zdjęcia.

Powoli mija pierwszy tydzień na miejscu. Wczoraj pierwszy raz coś ugotowałam i pozmywałam naczynia po współlokatorach (wszystko, żeby zmniejszyć ryzyko karalucha w kuchni!); czuję się trochę bardziej u siebie.