Japonia

Kulturowe zmęczenie

Jednym z elementów naszego wprowadzającego tygodnia na uczelni były warsztaty dostrojenia międzykulturowego (cross-cultural adjustment workshop). Śmieszkowaliśmy trochę na ten temat, bo w końcu czy nie dostroiliśmy się już wcześniej choćby do japońskich konbini, nie mówiąc o przygodach w urzędzie miasta?

Poza przerażającym dla mnie kwadransem, kiedy mieliśmy rozmawiać w ramach ćwiczenia z obcymi osobami na temat naszych doświadczeń z przyjazdem do Kyoto, warsztat okazał się jednak jedną z najsensowniejszych sesji, na jakie nas zaproszono. Przypadał jakieś dwa i pół tygodnia po przyjeździe większości studentów do Japonii, czyli dokładnie wtedy, kiedy miesiąc miodowy zaczynał – przynajmniej ze mnie – schodzić, a jego miejsce zajmowało coś, co prowadząca nazwała kulturowym zmęczeniem.

Lubię spacerować japońskimi ulicami, oglądać domy, ogródki z doniczek pełnych roślin, zaglądać do sklepów i knajpek, porównywać supermarkety, zastanawiać się, czy to sakura, czy ume. Ale jednocześnie czuję, że przez cały czas podczas takiego spaceru, nawet w turystycznej dzielnicy handlowej, gdzie jest więcej angielskiego niż w innych miejscach, w głowie chodzą trybiki i rozkminiam: czy to jest sklep? czy warsztat? czy czyjś garaż? Czy znam to kanji? Jak przeczytać tę nazwę? Co to za potrawa? Jakie są składniki tego produktu? Do czego to służy? Ciągle, ciągle, ciągle przetwarzam informacje. Czasem pasują do wzorów, które mam jeszcze w głowie po poprzedniej podróży, wtedy rozpoznanie ich jest przyjemne, jak włożenie rozchodzonych kiedyś butów po dłuższej przerwie. A czasem zupełnie nie.

Każdy taki spacer jest więc trochę poznawczo męczący. A kiedy te małe zmęczenia się kumulują, przychodzi taki dzień, kiedy nawet wyjście do kuchni wydaje się zadaniem ponad siły.

Właśnie – nie kulturowy szok, którego ludzie się zazwyczaj spodziewają. Szok to nie jest najlepszy termin, nie jestem niczym zszokowana, nie wiem nawet, jak taki szok miałby wyglądać. Ale kulturowe zmęczenie, suma małych różnic, potknięć w interakcjach, nietrafionych zakupów w markecie, niezjedzonego sushi, bo okazało się niedobre, stania w kolejce do złego okienka na poczcie, nawet niedokończonego ramenu, bo złapał mnie mały atak paniki bez powodu (do tego nie był to za dobry ramen; nie sądziłam, że kiedykolwiek mi się to w Japonii przytrafi, ale jednak).

Na warsztacie była mowa o strategiach przetrwania takich gorszych dni. Nie ma dramatu, jeśli jeden dzień czy dwa spędzisz w swoim pokoju. Ja postawiłam sobie cel, żeby codziennie choć na chwilę z niego wyjść, bo pamiętam, że w Londynie potrafiłam zamknąć się w nim na blisko tydzień ciurkiem, wychodząc tylko na zajęcia. Daję sobie małe misje, jak zrobienie prania albo kupienie warzyw na obiad (z warzywami jest łatwiej niż z innymi produktami, bo patrzę i widzę, że kupuję marchewkę czy ziemniaki; nie muszę studiować pudełka). Słucham polskiego radia. Oglądam ten serial, co zawsze. Robię sweter na drutach. Odzywam się w dyskusjach na temat szkolnictwa wyższego na fejsie (;)). Postanawiam zrobić kluski śląskie z grzybowym sosem na niedzielny obiad (ale sos będzie z boczniaków i shiitaków, a nie z pieczarek; no trudno).

Bo wiem, że to zmęczenie przejdzie, ale nie wtedy, kiedy przestanę w ogóle wchodzić w interakcje z nowym środowiskiem. W Anglii najwyższą frustracją napełniały mnie Dni Kiepskiego Angielskiego: czasem masz taki dzień, że napisałabyś powieść heroikomiczną w tym języku, a czasem nie jesteś w stanie odpowiedzieć składnie na pytanie, jaka jest pogoda. Tu przynajmniej nie mam tego doświadczenia z japońskim, bo właściwie w ogóle w tym języku nie mówię, więc nie ma dobrych i złych dni językowo. Ale są dni, kiedy mam siłę dogadywać się na migi i dni, kiedy wolałabym sklep z kasą samoobsługową.

Z myślą o magisterce, wypożyczyłam z biblioteki sześć książek o japońskim stereotypie, rozumieniu japońskiego społeczeństwa i obrazowaniu Japonii przez obcokrajowców. Biblioteka to w ogóle ciekawy temat: rozmawiając z innymi studentami obserwuję, że stała się taką bezpieczną przestrzenią dla wszystkich, którzy nie wiedzą, jak sobie zorganizować czas w Japonii, póki nie zaczęły się zajęcia. W bibliotece obsługa mówi po angielsku, anglojęzyczne są też wszystkie strony internetowe i opisy półek. Ja też lubię przycupnąć na trzecim piętrze, gdzie są półki z książkami po angielsku, przy stoliku z widokiem na górę Hiei i przeglądać książki o japońskości. Chociaż wiem, że więcej jej pewnie doświadczę, zaglądając do konbini, które widać z okna, ale czasem po prostu potrzebuję wybrać bezpieczniejszą, akademicką ścieżkę.