Karty i formularze

Pierwsze dni będą mi się kojarzyć z wypełnianiem mnóstwa formularzy, których połowy pól albo nie rozumiem, albo nie mogę wypełnić.

Po pierwsze, musisz umieć w polu furigana napisać swoje imię katakaną. Mhm. Będę się jeszcze sama z siebie śmiać pewnie po pół roku kursu japońskiego, ale prawda jest taka, że na moich pierwszych formularzach wpisywała to za mnie świetnie znająca japoński Patia. A nie jest to takie trudne przecież: ピクル アルドナ!

Po drugie, musisz umieć napisać swój adres w kanji. Tu już nie ma żartów, adres ma z osiem albo dziesięć krzaczków, z których tylko te oznaczające miasto (市), dzielnicę (区) i ulicę (町) były łatwe do przepisania.

Po trzecie, musisz znać swoją datę urodzenia według japońskiego systemu liczenia lat. Może pamiętacie, dostałam takie pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej na wyjazd – okazało się brutalnie praktyczne. (Swoją drogą, zbliżającą się nieubłaganie zmianę ery poprzedzają w Japonii obawy podobne do kryzysu Y2K.) Jakby co, to urodziłam się w 平成 1, a teraz mamy póki co rok 平成 31 (a od 1 maja będzie rok 1 ery, której nazwa zostanie ogłoszona za tydzień, 1 kwietnia).

Po czwarte, warto znać japońskie cyfry (i mam na myśli głoski, nie zapis).

Po piąte, trzeba uważać, czego się używa jako podkładki przy pisaniu innych rzeczy niż akurat formularz, bo prawie wszystkie formularze mają dołączoną kalkę i można niechcący napisać sobie coś w kopii.

Konto w banku

Zaczęło się dobrze, bo okazało się, że jeśli nie zamierzam w Japonii pracować i nie aplikuję o wizę studencką z pozwoleniem na pracę, ani nie mieszkam w akademiku i nie otrzymuję japońskiego stypendium, to nie muszę mieć konta w banku. Pierwszy zestaw formularzy – dla mnie zbędny! Całe szczęście, bo ich wypełnianie nie wyglądało szalenie prosto (Ale jeśli ktoś z was się wybiera do Japonii do pracy albo dostanie stypendium JASSO, albo będzie mieszkać w akademiku, albo chce sobie na studiach dorabiać, to konto w Japan Post będzie mu koniecznie potrzebne. Myślę, że niewiele osób w grupie poza mną tego konta nie ma.)

Urząd dzielnicy

Przy wjeździe do Japonii z wizą studencką dostaje się kartę pobytu z adnotacją „adres do ustalenia” (未定) i do kompletu – karteczkę z wyjaśnieniem po angielsku, że w ciągu 14 dni od zamieszkania gdzieś na stałe trzeba zarejestrować adres pobytu w lokalnym urzędzie. Ja na szczęście miałam załatwione mieszkanie od początku i ominęło mnie przemieszkiwanie w hotelach, ale mimo tego, że znałam mój adres już na lotnisku, nadal musiałam go zgłosić w urzędzie dzielnicy.

Poczekałam z tematem do spotkań w ramach orientacji na uczelni – tam nie dowiedziałam się niczego użytecznego, poza tym, że muszę ten temat ogarnąć w ciągu najbliższych trzech dni, bo do piątku koniecznie muszę przynieść do uniwersyteckiego Centrum Międzynarodowego ksero mojej uzupełnionej w urzędzie karty pobytu przyklejone na formularz, który dostałam w ramach pakietu powitalnego.

Ten układ terminów w połączeniu z grafikiem innych spotkań w ramach orientacji mi dokładnie jeden dzień na załatwienie formalności w urzędzie. Dowiedziałam się od Patii, która już swoje sprawy załatwiła, że w naszym urzędzie raczej nikt nie mówi po angielsku, formularze są po japońsku, a prawdopodobnie najbardziej przyda mi się zdanie, które po japońsku oznacza przepraszam, nie rozumiem japońskiego, może po angielsku?

Adres zamieszkania

Urząd znalazłam w Google Maps. W urzędzie zlokalizowałam wykaz okienek do obsługi mieszkańców opisany po angielsku, więc od razu mogłam trafić do rejestracji pobytu. I wtedy zaczęły się schody: mnóstwo kolorowych formularzy na stolikach, ale ani słowa opisu czegokolwiek po angielsku.

Żeby się trochę lepiej przygotować do całej zabawy, wyszukałam sobie na stronie urzędu imigracyjnego anglojęzyczną instrukcję procedury, którą zamierzałam tego dnia załatwić, ale nawet porównywanie kanji z dwujęzycznego formularza z Internetu z kanji na formularzach rozłożonych na stolikach okazało się nie być pomocne. Próbowałam sobie pomóc aparatem z Google Translate, ale moje wysiłki prędzej przyciągnęły uwagę pana w okienku niż mi w czymkolwiek pomogły. Pan zawołał mnie do swojego stanowiska, choć nie miałam numerka i zapytał o coś po japońsku. Wyrecytowałam formułkę z nieznajomością japońskiego i pokazałam puste miejsce na adres na karcie pobytu.

I wtedy zaczęła się gościnna magia: pan wyjął spod lady formularz, o który chodziło i wypełnił na podstawie mojej karty, paszportu i karteczki z adresem wszystkie pola poza podpisem i nazwiskiem właściciela domu, w którym mieszkam (nawet furiganę imienia). Odesłał mnie do stolika, żebym skończyła wypełniać formularz, w czym pomogła mi inna pani, która biegała po sali, pytając wszystkich petentów, czy na pewno daijobu. Dostałam numerek, 94, i usiadłam, czekając na swoją kolej.

Kiedy 94 wyświetliło się na tablicy, złożyłam dokumenty u innej pani. Zabrano mi kartę pobytu i formularz, włożono do koszulki i oddano numerek, z której to akcji odczytałam, że muszę znów czekać na wezwanie (cóż innego mogłam zrobić, skoro zabrano mi kartę, a chodzenie po ulicy bez karty pobytu grozi deportacją).

Siedziałam na krzesełku jakieś 20 minut, obserwując biuro. Po pierwsze, zaskoczył mnie nerwowy ruch, jaki tam panuje: ciągle ktoś biega, jeśli pracownik musi wyjść do ludzi zza lady, to takim szybciutkim, nerwowym kroczkiem, jakby każda minuta spędzona poza stanowiskiem kosztowała go punkty prestiżu, jakby każda minuta, kiedy petent pozostaje bez informacji lub dokumentu była na wagę złota. Lada jest niska, nie ma oddzielających ludzi od siebie szyb, jak to często jest u nas, za to wszędzie leżą stosy papierów. Za ladą widać resztę biura: otwarta przestrzeń, zastawiona ciasno małymi biurkami z komputerami i stosy, stosy, stosy dokumentów. Każdy formularz ma co najmniej jedną kalkową kopię, więc cienkie arkusze mnożą się w każdą stronę. Wydaje mi się, że praca większości ludzi w tych biurach i urzędach polega na sprawdzaniu formularzy, przybijaniu na nich pieczątek, a potem na przenoszeniu informacji z tych arkusików do systemów informatycznych, z kolorowymi markerami w ręce, którymi znaczy się kolejne, sprawdzone już pola. Trochę jak w ulu, robotnice wytwarzają kolejne informacje.

Po chwili zorientowałam się, że teraz numerki nie wyświetlają się już na tablicy, ale są wywoływane z innego punktu w pomieszczeniu. Kyu jyu yon!, usłyszałam i coś kliknęło mi w głowie: to było moje 94. Zastanowiłam się nawet przez moment, jak to możliwe, że wiem, jak jest 94 po japońsku, ale szybko sobie przypomniałam: poprzednim razem chodziliśmy do suszarni, w której numerki stolików były wywoływane przez panią w poczekalni i to stąd ta niespodziewana wiedza.

Odzyskałam kartę z wbitym adresem; dostałam dodatkowo zaświadczenie o zameldowaniu i naręcze ulotek dla nowych rezydentów, w tym książeczkę „Easy living in Kyoto” zawierającą porady, co robić w różnych życiowych sytuacjach, jak posłanie dziecka do szkoły czy chęć nauki japońskiego za grosze, czy ulotkę Domu Międzynarodowego kokoka, zajmującego się integracją cudzoziemców mieszkających w Kyoto.

Ubezpieczenie zdrowotne

Zaraz po oddaniu mi karty pobytu miła pani spytała, czy chcę teraz załatwić rejestrację w japońskim Narodowym Funduszu Zdrowia (swoją drogą, obowiązkową dla wszystkich rezydentów). Jako że dokładnie taki miałam plan, z wdzięcznością przyjęłam to, że pobrała dla mnie odpowiedni (nowy) numerek z maszynki i wskazała właściwe okienko numer 2.

Kiedy przyszła moja kolej, zaczęłam od uprzejmego wyrecytowania mojej magicznej formułki o nieznajomości japońskiego, a następnie pokazałam zajmującej się mną pani zdanie z uniwersyteckiej książeczki-przewodnika dla nowych studentów, które zaczynało się od Please be sure to inform the staff at the city ward office that…. Pani pokiwała głową, a potem wyjęła z segregatora dwujęzyczną kartę, gdzie było punkt po punkcie wypisane, czego będzie ode mnie oczekiwać. Potem przygotowała kolejny formularz i tak przeszłyśmy całą procedurę: ja wypełniałam to, co miało być po angielsku, a ona to, co miało być po japońsku. Na koniec dostałam szacunkową wysokość składki zdrowotnej za niepełny marzec (~¥1350, potem to będzie ok. ¥1800 miesięcznie) i mały informatorek na temat płacenia składek (dostanę książeczkę pocztą i potem chodzi się płacić na pocztę lub do konbini – brzmi znajomo?) oraz wystąpienia z ubezpieczenia przy wyjeździe. Do portfela z dokumentami powędrowała z kolei karta ubezpieczenia zdrowotnego, którą trzeba pokazać zawsze, kiedy trzeba się będzie pokazać u lekarza. Całkiem to było bezbolesne!

Jako że to wyczerpywało zakres procedur opisany w studenckim przewodniku, byłam przekonana, że to koniec – okazało się jednak, że autorzy przewodnika z jakiegoś powodu założyli, że wszyscy studenci mają mniej niż 20 lat. Bo każdy rezydent powyżej 20 roku życia ma obowiązek przystąpić do systemu emerytalnego, a o tym nie było podczas orientacji ani słowa.

Składki emerytalne

Dostałam więc kolejny numerek i przeszłam do okienka numer 3, gdzie miły pan mówił już po angielsku całkiem nieźle, jednak rozmowę ze mną też zaczął od wyciągnięcia kartki, na której wszystkie informacje były dwujęzyczne. Okazało się, że tak, muszę przystąpić do systemu emerytalnego, ale jednocześnie, jako że jestem studentką zagraniczną, mogę aplikować o czasowe zwolnienie z obowiązku płacenia związanych z tym składek. Stąd kolejne dwa formularze: jeden o przystąpieniu i jeden o zwolnieniu. Znów skorzystałam z pomocy w wypełnieniu japońskich pól na podstawie moich innych dokumentów i zaświadczeń. Na koniec dowiedziałam się, że dostanę pocztą książeczkę emerytalną, którą mam zignorować – i że będę musiała powtórzyć ten proces w czerwcu.

I to już był koniec przygód w japońskim urzędzie dzielnicy. よくやった!

Korzystając ze wspólnego kleju i nożyczek uważaj na ZARAZKI.

(W dniu terminu na składanie kopii karty pobytu z potwierdzeniem załatwienia całej sprawy na uczelni dostaliśmy maila z informacją, że jeśli komuś się nie udało tego załatwić samodzielnie, to może poprosić o asystę translatorską kogoś z Centrum Międzynarodowego.)

Ubezpieczenia uniwersyteckie

Obsługą ubezpieczeń na naszej uczelni (na innych też raczej tak jest) zajmuje się uniwersytecki Coop, czyli organizacja, która sama o sobie mówi, że jest „kooperatywą studentów i pracowników”; ale to nie taka kooperatywa jak na przykład nasze spożywcze; jest zdecydowanie bardziej zinstytucjonalizowana. Oprócz ubezpieczeń, obsługuje też uniwersytecki sklepik czy stołówki. Nas na razie interesowały ubezpieczenia.

Podczas sesji na temat ubezpieczeń każdy z nas dostał przerażająco wielką kartę formularza, na której trzeba było wpisać różne swoje dane (tak, też po japońsku, zupełnie jak w urzędzie miasta) i wskazać, że chce się przystąpić do Coopa przez wykupienie w nim dziesięciu jednostek udziałów za ¥5000. Potem trzeba było zadeklarować ubezpieczenia, które wykupimy i podsumować ich koszt w osobnej tabelce, zależnie od wybranego wariantu.

Jedno z oferowanych przez Coop ubezpieczeń jest obowiązkowe, a jedno – dodatkowe. Obowiązkowe jest ubezpieczenie OC (gakubai), które ma przy tym dwa warianty: taki dla osób mieszkających w takich prywatnych kwaterach, które zapewniają ubezpieczenie od pożaru (tańszy: ¥1500) i taki dla osób mieszkających w akademikach i w prywatnych kwaterach, które nie mają innego ubezpieczenia od pożaru (droższy: ¥8500). Dodatkowo można wykupić ubezpieczenie na życie, które obejmuje różne medyczne przypadki, które mogą się człowiekowi przytrafić (łącznie z depresją) i stalking (pokrywają koszt wymiany zamka lub przeprowadzki).

Wypełniałyśmy tez długi formularz, rozkminiając, co jest dla nas obowiązkowe, a co nie, przez całą sesję dotyczącą ubezpieczeń i jeszcze później, po południu w bibliotece.

Formularz trzeba było potem zanieść do biura Coopu (którego poszukiwania zaprowadziły nas z Petią do różnych piwnic w różnych budynkach na kampusie). Tu nie udał mi się już za bardzo trik ze zdaniem o nieznajomości japońskiego, bo moje wyznanie sprowokowało panią tylko do zadawania po japońsku kolejnych całkowicie niezrozumiałych dla mnie pytań. Koniec końców okazało się chyba, że chodziło o dopisanie nazwy budynku przy adresie, bo to właśnie przepisała sobie z mojej karty pobytu, którą jej dałam w akcie pewnej desperacji. Po opieczętowaniu formularza wydała mi kolejne dwie karty: potwierdzenie ubezpieczeń i tymczasową kartę Coop, dającą mi różne zniżki na kampusie i prawo do taniego śniadania. Prawdziwa, plastikowa karta przyjdzie pocztą.

Teraz jeszcze czeka mnie zakupienie drugiego obowiązkowego ubezpieczenia studenckiego od wypadków w czasie zajęć i w drodze na uczelnię (gakkensai: ¥650), ale to można wykupić tylko w automatach do certyfikatów, które będą czynne od początku semestru, czyli od 1 kwietnia (pewnie uzupełnię ten post, kiedy uda mi się i to załatwić).

Bilet miesięczny

Jako studenci międzynarodowi mamy możliwość wykupienia przepustki do komunikacji miejskiej na studenckich zasadach (w Japonii nie jest tak prosto jak w Polsce, że po prostu ma się zniżkę studencką; w autobusach i w metrze w Kyoto płaci się normalną wysokość biletu (¥230 w autobusie, ¥260 w metrze), chyba że właśnie masz taką studencką przepustkę). Jeśli uczelnię ma się od domu ponad 2 km, to można kupić przepustkę na wszystkie linie autobusowe w mieście. Koszt biletu zawierającego też przejazdy metrem również zależy od odległości przystanku od uczelni. Żeby sobie taką przepustkę załatwić, trzeba dostać na uczelni zaświadczenie tsugaku shomeisho, o które aplikuje się… wypełniając formularz. Tym razem krótki i po angielsku. Ale potem idzie się z tym zaświadczeniem na stację i kupuje bilet, więc kto wie, jakie przygody formularzowo-kartowe tam się szykują…

Japonia jest jednak Japonią, więc jeśli macie wyobrażenie, że to będzie 50% zniżki na przejazdy jak w Polsce i w ogóle nie ma się co zastanawiać nad opłacalnością takiego biletu, to możecie się zdziwić. Miesięczny bilet autobusowy na wszystkie linie kosztuje ¥7920, co odpowiada ok. 34 przejazdom autobusem. Miesięczny na metro przy mojej odległości od uczelni (2,5 km) to ¥6480, czyli prawie 25 przejazdów metrem. Bilet łączony na metro i autobusy kosztuje ¥10800, czyli 47 przejazdów autobusem lub 41 przejazdów metrem. Przy zakupie biletu na 3 miesiące ceny są troszkę niższe.

Z perspektywy dojeżdżania na uczelnię komunikacją to ma sens, jeśli rzeczywiście jeździ się autobusem czy metrem codziennie w dwie strony i ma się codziennie zajęcia. Ja biletu miesięcznego zdecydowałam się nie kupować, bo na uczelnię chodzę pieszo i zamierzam też jeździć rowerem, a dwa tygodnie w Kyoto kosztowały mnie jak dotąd w biletach ok. ¥1500 (biorąc pod uwagę fakt, że nie zaczęły się jeszcze zajęcia, więc spędzam na mieście więcej czasu niż pewnie będę miała w trakcie semestru).

Rejestracja roweru

Rower odkupiłam od studentki Uniwersytetu Kyoto, która właśnie skończyła studia i wyjeżdża – dlatego był bardzo jak na Kyoto tani (¥3000). Dostałam razem z rowerem jego dokumenty i teraz moim kolejnym ruchem (do którego jeszcze się nie zebrałam) jest pójście na lokalny posterunek policji i przerejestrowanie go na siebie w ramach tzw. procedury zapobiegania kradzieży roweru. Znów – cały formularz jest po japońsku i z opisów rozumiem na razie tylko imię (名) i nazwisko (姓). Wiem już, że zabawa będzie mnie kosztować ¥500 i że prawdopodobnie na angielski nie ma co liczyć.

Poza tym muszę jeszcze zarejestrować mój rower na kampusie, żebym mogła legalnie parkować go na uniwersyteckim rowerowym parkingu i żeby uczelnia wiedziała, czy przypadkiem wyjeżdżając z Kyoto go jej nie podrzuciłam przez pozostawienie na parkingu. Tu już wypełniłam kolejny formularz i złożyłam go w odpowiednim okienku na uczelni – 26 kwietnia będę musiała pojawić się na spotkaniu w sprawie inspekcji roweru (rower musi mieć sprawny zamek, co najmniej jeden) i odebrania naklejki dokumentującej uzyskanie pozwolenia na parkowanie nim na terenie kampusu.

Konkluzja

Kiedy mieszkałam w Londynie, jedyna oficjalna rzecz, jaką dobrze było załatwić, to zapisanie się do lokalnego lekarza (ale nie było to nawet obowiązkowe). Unia Europejska jednak zmienia wszystko.

Dopełnianie formalności pobytowych i uniwersyteckich było dla mnie największym cultural adjustment (dostosowaniem kulturowym), jakiego dotąd doświadczyłam. Potężne źródło stresu. Dostałam co prawda kilka przewodników po procedurach angielsku, ale nie zmienia to faktu, że samo bycie w urzędzie i załatwianie oficjalnych spraw jest trudne czy stresujące nawet wtedy, kiedy zna się język, w którym te sprawy będą załatwiane (zwłaszcza, kiedy wszystkie te przewodniki informują, że jeśli coś zrobisz nie tak, to grozi ci deportacja).

Przez cały czas, chodząc od okienka do okienka, zastanawiałam się, czy przyjazd do Polski spoza UE też jest tak wymagający dla studentów nieznających polskiego. Jak oni sobie radzą w polskim urzędzie czy w NFZ? Czy tam ludzie mówią po angielsku? Czy nasze formularze są wielojęzyczne (przynajmniej te, które muszą złożyć cudzoziemcy)? Czy ludzie w „okienkach” na uczelni znają inne języki niż polski? Czy ci studenci dostają przewodnik, w którym jest opisane, co trzeba gdzie i kiedy załatwić? Karty komunikacyjne do wykorzystania, jeśli trafi się na kogoś nieznającego języka? (Spotkałam się z czymś takim w lokalnych aplikacjach do pobrania na wypadek kataklizmów.) Czy ktoś może towarzyszyć studentowi w urzędzie przy załatwianiu tych spraw?

Bo to jest, kurczę, wszystko strasznie trudne. O wiele trudniejsze niż sobie wyobrażałam.