Nikko

Jak zorganizowałam sobie wyjazd do Japonii?

Zapnijcie pasy, to była długa i kręta droga (ale warto, bo na końcu znajdziecie całkowicie sfinansowany półroczny wyjazd na drugi koniec świata).

W tym miejscu posyłam specjalne pozdrowienia dla M., który dzielnie wspierał mnie w licznych momentach utraty wiary w powodzenie tego szalonego planu!

Przygotowanie do składania aplikacji

Zaczęłam od powrotu na studia

O tym, że mogłabym studiować całe życie, wie każdy, kto rozmawiał ze mną choćby kwadrans. Jestem istotą uniwersytecką: odkąd pamiętam, najbardziej na świecie lubiłam dowiadywać się nowych rzeczy (może niekoniecznie cieszy mnie perspektywa zakuwania na blaszkę, ale poznawanie świata jest wspaniałe).

Więc zaczęłam od powrotu na studia, bo będąc studentką (lub doktorantką) mam dostęp do najlepszego chyba na świecie sposobu spędzania długich miesięcy za granicą: stypendiów zagranicznych.

Oczywiście, to nie była moja jedyna motywacja; od dawna nie czułam się dobrze z moją etykietką polonistki, a jako że w mojej głowie ukończone studia są mocnym elementem mojej tożsamości, zależało mi na przekuciu tej łatki w coś, z czym będę się czuła bardziej komfortowo. I dzięki czemu dowiem się czegoś nowego o świecie.

Poszłam więc na dwuletnią, magisterską socjologię. (I przy innej okazji opowiem wam jeszcze, co sądzę o tej decyzji.)

Opracowałam harmonogram

Studia, które wybrałam mają dość elastyczny program. Dlatego od samego początku chciałam realizować ścieżkę, która bardzo ułatwiła mi życie przy moim poprzednim wyjeździe na studiach, czyli wypełnić obowiązki przewidziane programem w trzy semestry, żeby w czwartym semestrze móc po prostu wyjechać i nie martwić się już o to, czy zaliczą mi rok, czy nie. Żeby to osiągnąć, od pierwszego semestru musiałam się starać o odpowiednią nadwyżkę punktową.

Skoro chciałam wyjechać w czwartym semestrze, musiałam się zorientować, kiedy powinnam złożyć aplikację o wyjazd na uczelni. W UJ, gdzie studiuję, terminy składania aplikacji na wyjazdy pozaeuropejskie mijały w grudniu (czyli tak: wyjazd w marcu 2019 = aplikacja w grudniu 2017). Ponieważ aplikacja obejmowała całkiem sporo dokumentów, w tym opinię pracownika naukowego na mój temat, musiałam zacząć się nią zajmować właściwie zaraz po rozpoczęciu studiów. Mówię wam o tym, żebyście mieli świadomość, że jeśli chcecie gdzieś wyjechać, trzeba się nastawiać na dłuższą przygodę z aplikowaniem!

Wyjazd w ramach umowy bilateralnej

Przygotowałam aplikację

Po pierwsze, trzeba było zdobyć wszystkie dokumenty. Najwięcej zachodu kosztowały mnie dwa:

Opinia pracownika naukowego – ponieważ to były dla mnie nowe studia, szukałam osoby, która w ciągu tych pierwszych dwóch miesięcy miała ze mną najwięcej do czynienia. Zazwyczaj najsensowniej jest poprosić o opinię promotora, ale na socjologii promotora wybiera się od drugiego semestru, dlatego nie mogłam zastosować tej standardowej praktyki. Poprosiłam o list rekomendacyjny pana doktora, z którym miałam najwięcej godzin zajęć w pierwszym semestrze studiów (pomyślałam, że najlepiej będzie mnie kojarzył). Mój wewnętrzny impostor bardzo się lękał tej prośby o list (bo co, jeśli każdy, kogo poproszę, odpowie, że za krótko mnie zna, żeby mnie gdzieś rekomendować?), ale to tylko kolejna rzecz, którą trzeba było w sobie przezwyciężyć.

IELTS Academic – jestem biegła w angielskim, skończyłam podyplomówkę dla tłumaczy i od paru lat pracuję jako tłumaczka, a jednak żeby dostać się na wymianę, potrzebowałam aktualnego certyfikatu znajomości języka. Uniwersytet oczekiwał wyników TOEFL lub ekwiwalentu; wydaje mi się, że wybrałam IELTS, bo był tańszy lub miał najbliższą sesję w wygodniejszym dla mnie terminie. Kosztowała mnie ta zabawa 770 zł (teraz jest droższy) i dwie wizyty w British Council (najpierw na część ustną, a potem na pisemną). Sam test był według mnie dość prosty, ale czas na wykonanie zadań był bardzo krótki (nie zdążyłam skończyć eseju i mam za Writing ocenę 7,5, co ogromnie mnie jako tłumaczkę bawi ;)). Niestety, certyfikat jest ważny tylko dwa lata, przez co przez moment nawet zastanawiałam się, czy przy tak długotrwałym procesie aplikacyjno-wyjazdowym nie będę go musiała zdawać drugi raz.

Poza tym trzeba było napisać list motywacyjny, dlaczego chcę wyjechać na wymianę akurat do tego uniwersytetu, wypełnić wielostronicowy dokument aplikacyjny z Ritsumeikan (osobliwie, był on przygotowany do wypełnienia w Excelu), zebrać dotychczasowe dyplomy, suplementy i zaświadczenia o średniej ocen i o statusie studenta (wszystkie po angielsku), wybrać się do dyrekcji po podpis pod proponowanym zestawieniem kursów… Lista jest dość długa, więc nie da się tego załatwić na dzień przed terminem składania aplikacji.

Skonsolidowałam środki

Umowy bilateralne, które moja uczelnia ma zawarte z uczelniami partnerskimi zazwyczaj pokrywają koszt biletu lotniczego w dwie strony (najbardziej ekonomiczną klasą i trasą), koszt ubezpieczenia i zapewniają zwolnienie z czesnego. Resztę kosztów (mieszkanie, jedzenie, podróże itp.) trzeba sobie ogarnąć samemu.

Dodatkowo, Japonia wymaga, żeby przed przyjazdem udowodnić, że posiada się te środki na utrzymanie na cały okres studiów (min. ¥80 000 na miesiąc, czyli jakieś 2800 złotych). Dlatego wśród dokumentów aplikacyjnych jest wyciąg z banku na odpowiednio wysoką kwotę (który trzeba pobrać w wersji anglojęzycznej lub przetłumaczyć na angielski). Ubolewam nad tym, że o stypendium aplikuje się później niż o wyjazd, więc trzeba ten wyciąg z banku pokazać; dlatego jest to dla mnie klasyczny przykład sytuacji z kategorii bogaci się bogacą.

Prawdę mówiąc, na tym etapie byłam przygotowana na rezygnację z wyjazdu, jeśli nie dostanę stypendium SYLFF w czerwcu (nie zamierzałam się na ten wyjazd zapożyczać).

Przeszłam rozmowę kwalifikacyjną

Wyjazdy do Japonii były w UJ wtedy bodaj jedynymi, które wymagały przejścia przez rozmowę kwalifikacyjną (pozostałe poprzestawały na ocenie złożonej aplikacji). Rozmowa składała się z dwóch części: weryfikacji znajomości języka japońskiego i pytań dotyczących ogólnej wiedzy o kraju oraz planów na to, co będę w tej Japonii robić.

W moim przypadku weryfikacja japońskiego nie miała wiele sensu, bo nie znam tego języka i zamierzam wyjechać na program prowadzony w całości po angielsku, ale dla porządku poproszono mnie o przedstawienie się i wypowiedzenie wszystkich japońskich słów, jakie przyjdą mi do głowy :-). Wiem, że japoniści i studenci studiów azjatyckich, którzy uczyli się japońskiego, mieli przed sobą trudniejsze zadanie (na stole leżał tekst po japońsku pobrany chyba ze strony internetowej jednego z uniwersytetów, do których aplikowali).

W drugiej części opowiadałam (po polsku) o aktualnych wydarzeniach w Japonii, o metodzie badawczej, jaką chcę zastosować w pracy magisterskiej, mogłam się też pochwalić tym, że wiem, który rok której ery aktualnie jest w Japonii. Odniosłam wrażenie, że dobry rezultat przyniosło pokazanie się jako osoba, która chce wyjechać po coś więcej niż tylko, żeby posiedzieć w egzotycznym kraju, gdybym więc miała coś doradzać, pewnie poradziłabym, żeby traktować wyjazd na stypendium jako okazję do wzbogacenia swojej pracy magisterskiej czy licencjackiej.

Na wyniki trzeba było chwilę poczekać: rozmowa była 21 grudnia, a wynik dostałam mailem 11 stycznia (lista była podobno wywieszona w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu, ale że to na kampusie i daleko, to na własne oczy jej nie widziałam).

Stypendium

Aplikacja o stypendium

Kolejnym krokiem było postaranie się o dodatkowe środki finansowe na wyjazd. Co prawda w aplikacji można było zgłosić zainteresowanie japońskim stypendium JASSO, ale po pierwsze, nie pokrywa ono całkowitych kosztów wyjazdu, a po drugie, nie dostaje się go automatycznie i wyniki są ogłaszane tak późno, że trudno byłoby już zrezygnować z wyjazdu w razie niepowodzenia.

Dlatego aplikowałam o stypendium, które jest dość popularne wśród moich znajomych i należy moim zdaniem do najfajniejszych stypendiów, jakie można dostać na UJ: stypendium SYLFF, czyli Ryoichi Sasakawa Young Leadership Fund jest przeznaczone dla osób, które potrafią wykazać się jako młodzi liderzy zaangażowani w życie lokalnej społeczności. Przyznawane w ramach tego stypendium środki są wystarczające na pokrycie wszystkich kosztów takiego półrocznego wyjazdu, jaki planowałam, dlatego bardzo mi zależało na jego uzyskaniu.

Najobszerniejszą częścią aplikacji o to stypendium jest formularz aplikacyjny, w ramach którego trzeba dokładnie opisać swoje zamierzenia. Znów trzeba uzyskać też list rekomendacyjny od pracownika naukowego (najlepiej promotora), szereg zaświadczeń, certyfikat językowy i, co spędzało mi sen z powiek najdłużej, list zapraszający.

Mimo że dostałam się już na wyjazd w ramach umowy bilateralnej, potrzebowałam wystawionego na papierze firmowym uniwersytetu przyjmującego oficjalnego zaproszenia, podpisanego przez pracownika naukowego tego uniwersytetu, w którym bedzie zaznaczone, że jestem na tej uczelni mile widziana. Więc jeśli macie tak jak ja, że poproszenie o rekomendację osoby, z którą macie zajęcia potwornie was stresuje, to wyobraźcie sobie serię maili, jakie napisałam do różnych japońskich profesorów, próbując im wytłumaczyć, o co mi właściwie chodzi. Szukałam kogoś, kto pracował wcześniej lub studiował w Europie lub w Stanach, bo nie wiedziałam, jak inaczej upewnić się, że będziemy się w stanie dogadać po angielsku (to nie jest taki zupełnie powszechny język w Japonii). Do tego spasowanie zainteresowań badawczych – albo chociaż dyscypliny naukowej – to było prawdziwe wyzwanie. Szczęśliwie, ostatecznie wszystko się udało i pozostało mi tylko oczekiwanie na przesyłkę z Japonii; najpóźniej na rozmowie kwalifikacyjnej trzeba pokazać oryginał zaproszenia. Poważnie, ogarnięcie tego listu było najbardziej stresującym elementem całej procedury.

Do tego trzeba wykazać, że jest się młodym liderem, więc należy wymienić w osobnej tabelce aktywności, które to potwierdzają. Do każdej aktywności należy przypisać osobę, która może tę aktywność poświadczyć. Ja się wykazywałam pracą w samorządzie studenckim i kołach naukowych podczas poprzednich studiów i własnymi projektami pozauczelnianymi, takimi jak Pulpozaur. Obawiałam się, czy fakt, że te aktywności są czasem sprzed siedmiu czy pięciu lat nie będzie działał na moją niekorzyść, ale wygląda na to, że nie miało to większego znaczenia.

Kolejna rozmowa kwalifikacyjna

Rozmowa w sprawie SYLFF prowadzona była w całości w języku angielskim, a przepytujące kandydatów grono jest bardzo szacowne (rektor – główny przepytujący, dziekan, profesura). Głównym przedmiotem zainteresowania było spełnienie warunków brzegowych zostania stypendystą: czy jest się młodym liderem oraz czy proponowany projekt ma znaczenie społeczne.

Wyniki były tego samego dnia po południu i przyszły mailowo.

Przygotowania do wyjazdu

Zabezpieczenie tyłów

Słyszałam legendy o tym, jak to wyjazdy zagraniczne są fatalnym pomysłem, jak to po powrocie okazuje się, że nie można zaliczyć roku, bo brakuje zaliczeń jakichś przedmiotów, które były w tym czasie obowiązkowe. Prywatnie uważam, że duża część naszego polskiego problemu z internacjonalizacją bierze się z tego zapatrzenia w polskie programy studiów i polskie wymagania; ale nie zamierzałam testować na sobie, jak z tą sprawdą radzi sobie UJ. Dlatego na początku października, zaraz po rejestracji na zajęcia w zimowym semestrze, złożyłam do dyrekcji wniosek o indywidualny tok studiów, w którym wypisałam wszystkie zrealizowane dotąd kursy, wszystkie kursy, na które zapisałam się w semestrze zimowym i opisałam strukturę punktów kredytowych w Japonii (których nie dostanę więcej niż 20, więc o 10 mniej niż normalnie oczekuje się od polskich studentów – a zagraniczne punkty zazwyczaj przepisuje się 1:1), prosząc o akceptację takiego planu studiów. Pisemną zgodę dyrekcji traktuję jako polisę ubezpieczeniową na wypadek ewentualnych wątpliwości, co ze mną zrobić po powrocie.

(Tak, w ten sposób życie i lęki kreują biurokrację.)

Aplikacja w uniwersytecie w Japonii

We wrześniu otrzymałam informację z Ritsumeikan, że moja nominacja została zarejestrowana i że teraz nadszedł czas na złożenie aplikacji w ich uniwersytecie. Musiałam – tym razem przez internetowy formularz – podać raz jeszcze wszystkie informacje, które wcześniej zawierał formularz Excel. To była dobra okazja do zmiany adresu zamieszkania w dokumentach (w międzyczasie się przeprowadziliśmy), rezygnacji z ubiegania się o JASSO (skoro dostałam SYLFF, to nie mogę dostać tego japońskiego stypendium, bo zasady JASSO wykluczają podwójne finansowanie) czy aktualizacji listu rekomendacyjnego (w końcu minął już prawie od rok odkąd otrzymałam poprzedni). Termin składania aplikacji upływał 31 października.

Potwierdzenie przyjęcia na program dostałam 20 grudnia 2018 roku.

Urlop w pracy i uff, można jechać?

Więc, jak widzicie, stuprocentową pewność, że wyjeżdżam miałam dopiero pod koniec 2018 roku. Do dzisiaj nie jestem pewna, co z tego wszystkiego było czystą formalnością, a gdzie miałam realne szanse odpaść. W pracy umówiłam się na urlop bezpłatny (co swoją drogą, przy moim zatrudnieniu w uczelnianej administracji, jest osobną wesołą ścieżką zbierania podpisów wielu osób), który potwierdzono mi w zeszłym tygodniu.

Czy już mogę pakować walizkę? Prawie. Przede mną jeszcze załatwianie wizy: żeby dostać wizę studencką, muszę otrzymać z Ritsumeikan dokument o nazwie Certificate of Eligibility, wydawany przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Z tym dokumentem i paszportem pojadę do ambasady Japonii w Warszawie, gdzie wypełnię wniosek wizowy i zostawię moje dokumenty na ok. 5 dni. Dopiero wtedy będę znać terminy, w jakich ważna jest moja wiza i dopiero wtedy mam kupować bilet. To będzie prawdopodobnie ok. 3 tygodni przed wylotem.

Więc jeszcze trochę przygód przede mną. Opowiem wam o tym osobno, razem z relacją z załatwiania sobie mieszkania, sprawnego przelotu z dużą ilością bagażu czy wwiezienia ze sobą półrocznego zapasu leków.