Uniwersytet możliwy

Szłam na inaugurację z bolącym gardłem i roztrzepaną głową. Lubię to, że Instytut rezerwuje na tę okazję Aulę w Collegium Novum – jest uroczyście. Nie lubię tego, jak niewielu studentów i doktorantów się na tym wydarzeniu pojawia. Ciągle marzy mi się, żeby to były wydarzenia wyczekiwane, żeby nieobecność na nich była wyjątkowa, żeby większość chciała uczestniczyć w tym inauguracyjnym spotkaniu.

Czekałam dziś najbardziej na wykład, bo miał być poświęcony tematowi Uniwersytet jako dobro publiczne. Wygłaszała go dr hab. Beata Kowalska, o której słyszałam same superlatywy od studentek i studentów, ale sama nie miałam okazji jej jeszcze poznać. Zastanawiałam się, czy ze względu na czerwcowy protest przeciwko reformie szkolnictwa będzie dużo o oporze wobec władzy obecnego ministra.

Było na ten temat niewiele, za to padły piękne słowa o formowaniu idei uniwersytetu od protestów roku 1968, pięćdziesiąt lat temu, przez protesty solidarnościowe, po trudy bardziej czy mniej udanej transformacji. Ale to, co mnie złapało gdzieś za serce, to nie miało wiele wspólnego z protestami. To raczej wizja uniwersytetu, w którym chodzi o twórczy spór i o wspólną pracę. W którym nie ma okopywania się we własnym ogródku i wiecznej, wyniszczającej człowieka rywalizacji o punkty czy miejsce w rankingu. Uniwersytet jako wspólnota ludzi dyskutujących o sprawach ważnych dla pożytku publicznego. Wizja tak bardzo mi bliska. Bardzo bym chciała, żeby taką wspólnotę udawało się budować.