Studiowanie w czasach chorowania

Miałam przeczytać przed jutrzejszą Zaawansowaną zeszłoroczny skrypt z Wielowymiarowej, żeby nie czuć się jak lama (rano na modelowaniu byłam trochę lamą). Ale jestem tak przeziębiona, że nie umiem czytać, leżę tylko, wydmuchuję nos i wdycham olejek mentolowy, od którego szczypie mnie skóra.

Chorowanie z początkiem października. Mam wrażenie, że dawno mi się już to nie przytrafiło.

Byłam dziś na wszystkich przepisanych zajęciach i na jednym nieplanowanym dyżurze. Myślę sobie, z perspektywy czasu, że to bardzo dużo mówi o studencie czy doktorancie i jego opiekunie, jak się czuje z wizją pójścia na dyżur i porozmawiania o bieżących sprawach. U mnie jest tak, że jeśli nie powstrzyma mnie zdrowy rozsądek, mogłybyśmy się (akademicko!) zagadać z Panią Promotor na śmierć. Zawsze kiedy zwątpię w sens tego całego studiowania, wizyta na dyżurze podnosi mnie na duchu. Pamiętam, że na licencjacie też tak miałyśmy, i że było to najwspanialsze.

Ten tydzień jest takim powolnym bardzo rozbiegiem, ale czułam dzisiaj na sobie nieśmiało ciężar oczekiwań prowadzących zadających pytanie w tłum. Nie mam gorączki, ale z poczuciem chorobowego rozbicia tak trudno jest mi się skupić na pytaniach, że czekam aż tym razem ktoś inny odpowie. Raz czy dwa wydało mi się, że prowadzący był rozczarowany (w tamtym semestrze wyrobiłam sobie chyba silną opinię studentki-gaduły, wiecie, taki typowy mishowiec, co żadnemu pytaniu nie przepuści). Ale każdy z nas ma chwile słabości.

Jutro czeka mnie długi, trudny dzień, zajęcia od rana do nocy, z końcówką w postaci wymagającego wykładu. Jeśli wypadnie mi dłuższe okienko, spróbuję zajrzeć do lekarza. Czuję, że przechodzenie tego przeziębienia jeden dzień za długo może się dla mnie skończyć fatalnie. I to akurat z początkiem semestru; a myślę sobie, że to jednak ważne, żeby dobrze rozpocząć.