Najbardziej u siebie jestem na uczelni

Kocham studiować.

Miałam w życiu krótki czas, kiedy niczego nie studiowałam. Byłam już magistrą, więc część związaną z oczekiwaniami otoczenia miałam już z głowy. Właśnie porzuciłam doktorat, który zupełnie mi nie szedł i rujnował mi zdrowie do spółki z przepracowaniem, więc miałam czas na odpoczynek.

Nudziłam się przeogromnie.

Nie chodzi o to, czy inteligentni ludzie nudzą się, czy nie. Miałam mnóstwo na głowie (zawsze mam mnóstwo na głowie). Znalazłam sobie dziesiątki kursów online i pomysłów na życie. Ale nudziłam się wciąż i wciąż. W Japonii uczyłam się z tych nudów matematyki, startując z poziomu podstawówki i próbując nauczyć się dzielenia dużych liczb w pamięci. Wróciłam i pierwsze co zrobiłam, to zapisałam się na studia. Podyplomowe. Znowu.

Rok temu wróciłam na studia tak naprawdę. Pierwszy wykład, pierwsze konwersatorium i poczułam się jak w domu. Akademicka dyskusja – to tego mi brakowało. Studia podyplomowe są wspaniałe, ale brakuje im akademickiego zacięcia, teorii, debaty, starcia poglądów, lektury tekstów źródłowych. Chwilami bawiło mnie nawet wspomnienie, że na moich pierwszych studiach nie umiałam tak na główkę rzucić się w dyskusję, zetrzeć się na argumenty z innymi studentami i studentkami, przyznać się głośno wykładowcy, że czegoś nie rozumiem, poprosić o dodatkowe wyjaśnienia. Spałam bardzo mało, bo tak bardzo dużo rzeczy chciałam poznać w tym bardzo krótkim czasie.

Rok temu poszłam na instytutową inaugurację i nie znałam tam nikogo poza dziekanem, ale dziekana znałam jako pani od rekrutacji, a przecież byłam tam w zupełnie innej roli i nie czułam się komfortowo od zaczynania studiów przez zagadanie do dziekana po inauguracji. Dziekani rozmawiają z dziekanami, tym się rządzi akademia, tak myślałam. Potem pomyślałam co innego, kiedy po paru miesiącach poszłam na instytutową wigilijkę i okazało się, że zupełnie swobodnie może student porozmawiać przy barszczyku z profesorem i nie ma w tym zadęcia.

Byłam dziś na inauguracji ogólnouczelnianej. Najchętniej chodziłabym na nią co roku, choć nie co roku mam taką możliwość. Niektórzy mówią, że to teatr, antyk, że śmieszne stroje i łacina, i śpiewy chóralne, że to wszystko szopka bez znaczenia. Ja myślę, że to zupełnie nie tak. Cieszy mnie tego dnia bardziej niż zwykle błyszcząca wpinka z godłem uczelni w klapie marynarki. Stoję pod Novum i z koleżanką z pracy recytujemy nazwy wydziałów od końca (bo w pochodzie profesorów wydziały idą od najmłodszego do najstarszego). Nagrywam sobie komórką, jak rektor w gronostajach uderza trzykrotnie berłem w stół, żeby otworzyć nowy rok. Śpiewam gaudeamus, chociaż wiem, że kompletnie nie trafiam w dźwięki, ale to nic, bo wszystkich i tak zagłusza chór. Wznoszę toast uniwersyteckim winem razem z innymi, którzy poczuli się zaproszeni.

Marzy mi się uniwersytet, na którym wszyscy czują się zaproszeni na inaugurację.

Lubię tę tradycję, bo uważam, że ceremonie są ważne. Dzięki ceremoniom możemy się poczuć przez chwilę jak wspólnota, nawet jeśli na co dzień nie zawsze tak jest.

Jutro pójdę na małą inaugurację, gdzie w tym roku będę znała więcej osób – choć rok temu poznałam na niej Vitę, co było jak wygrana w totka. Cieszę się na to poczucie – jak w domu.