Jeszcze więcej ramenu

Spis treści

Abura soba, czyli ramen na sucho (Kyoto, Shibuya)Ramen w kubiklu, gdzie widać tylko ręce kelnera (Fukuoka, Ueno)Yakisoba w stylu ramenu w onsenie (Odaiba)Tori paitan z Shibuyi (Shibuya)Ramen nasz lokalny (Wako)Do tej rameniarni już nigdy nie będę mogła wrócić (Narimasu)

Abura soba, czyli ramen na sucho

cat noodles! #noodles #aburasoba #kyoto #japan #food #foodie #trip #instatravel #instafood #heavenly

A post shared by Aldona Pikul (@kirasayshi) on

Mój ulubiony ramen w Japonii odkryłam dzięki M. Zwiedzanie Kyoto było dość blisko koszmaru (wyobraź sobie rynek w Krakowie latem w niedzielę po mszy w południe, pomnóż tę liczbę ludzi razy dziesięć i wrzuć ją w każde atrakcyjne turystycznie miejsce = Kyoto), ale każdy z dwóch spędzonych tam dni zwieńczyliśmy posiłkiem tak bliskim ideału, że nie śmiałabym go odtwarzać w domowych warunkach.

Jeśli nie jesteś pewien, czy to to miejsce, szukaj kota

Abura soba (油そば) to dosłownie „tłusty makaron”. Ze względu na używany makaron (nie, nie jest to gryczana soba) ów wynalazek mieści się w rodzinie ramenów, choć na pewno będą mnie chcieli przechrzcić puryści, dla których nie ma ramenu bez bulionu. Okej, i tak uważam, że powinniście tego chociaż raz spróbować.

Danie wygląda tak: na dnie miski mamy sos na bazie oleju, na nim jest skropiony nim troszeczkę makaron jak do ramenu i na tym ułożone są typowe ramenowe dodatki (mięso, cebulka, nori, plasterek naruto, marynowany bambus itp.). Do tego należy zamówić onsen tamago, czyli bardzo delikatne, gotowane na parze, prawie płynne jajko. Do kompletu na stoliku mamy przyprawę, ocet ryżowy, olej chilli i pudełko pełne posiekanej w kosteczkę cebuli.

Jak się to je: dodajesz jajko do makaronu, bełtasz pałeczkami, żeby połączyły się sos, makaron i ścinające się na nich jajeczko, dosypujesz cebulki, ile chcesz i doprawiasz do smaku olejem i octem. Smakiem trochę przypomina carbonarę, a trochę jest nie do opisania. Sprężysty makaron, kremowa gładkość sosu i smak ramenu. Nic innego w Kyoto nie jadłam.

Tam dzieje się magia

Jeśli nie Kyoto i Nekomata (choć naprawdę polecam, nie jest daleko od Gionu, a tam na pewno będziecie, licząc na przyłapanie gejszy), to Tokyo i (podobno) kultowa miejscówka w Shibuyi. Tam mieli więcej cebulki i chyba większe porcje, ale smak jest równie wspaniały. Może to i lepiej, że nie mam baru z abura soba nigdzie w okolicy, bo już by mnie dawno było z dziesięć kilo więcej.

Shibuya – tu jajko już wbite i czeka
油そば ねこまた
東山区清水4-138
Kioto, Kyōto
Abura Soba Tokyo Aburagumi Sohonten (油そば 東京油組総本店 渋谷組)
渋谷3-18-10
渋谷区, Tōkyō

Ramen w kubiklu, gdzie widać tylko ręce kelnera

Dzisiaj trochę żałuję, że nie poszukałam w Fukuoce miejsca, gdzie dawaliby prawdziwy Hakata ramen, ale wtedy pierwsze doświadczenie Ichiranu i tak było dość atrakcyjne, żebym była kulką szczęścia.

Jak to działa: zamawiasz ramen w maszynie przy wejściu – bierz podstawowy, to i tak nie ma większego znaczenia – dostajesz karteczkę i szukasz sobie wolnej jednoosobowej miejscówki. Czasem, jak jest kolejka, karteczkę dostaniesz jeszcze w kolejce, zanim zapłacisz w maszynce do biletów. Na karteczce wypełniasz formularz: zaznaczasz, jak intensywny ma być smak, jak mocno ugotowany ma być makaron, ile chcesz ostrego sosu, czy chcesz czosnek, cebulkę, jajko, mięso…

Każdy ma swój mały boksik
A tu przez własną podniesioną kurtynkę podglądam, jak to wygląda od strony obsługi

Przed sobą masz bambusową kurtynkę i guziczek. Kiedy formularz jest gotowy, wciskasz guziczek, kurtynka się unosi i obsługa – której widać tylko ręce – prosi o bilecik z automatu i fomularz. Ding, czekasz na swoją spersonalizowaną miseczkę naprawdę dobrego ramenu.

Om nom nom nom, ten cieniutki makaron

Warto wiedzieć: tu dają kae dama, czyli dokładkę makaronu (za pierwszym razem wzięłam i pożałowałam – mój żołądek jednak nie mieści aż takich ilości jedzenia). Płaci się gotówką panu do rączki, więc trzeba mieć monety pod ręką. Sprzedają też swój ramen w paczkach instant, jedną przywiózł mi na zamówienie kolega i teraz czaję się, na jaką to specjalną okazję by go ugotować!

一蘭 キャナルシティ博多店
博多区住吉1-2-22 (ノースビル B1F)
Fukuoka, Fukuoka
Ichiran (一蘭 アトレ上野山下口店)
上野7-1-1
Taitō, Tōkyō

Yakisoba w stylu ramenu w onsenie

Kto był na basenie wie, jak moczenie się w wodzie wzmaga apetyt. Z onsenami nie jest inaczej, można długo siedzieć w gorącej wodzie i rozmyślać o przemijaniu, ale koniec końców żołądek się o ciebie upomni. Dlatego i w onsenowym wodnym parku na Odaibie przejście z jednej części budynku do drugiej zawsze wiedzie przez alejkę pełną opcji jedzenia.

Nie byłam w Japonii w innych parkach tematycznych tego rodzaju, więc tylko po relacjach innych domyślam się, że wszędzie tak jest: dużo budek, dużo opcji. Szukając ramenu trafiłam na stoisko oferujące wariant yakisoba ramen, czyli zupa ze smażonym makaronem. I byłoby to nawet ciekawe, gdyby nie fakt, że w smaku wyszło mocno średnie. Może to tu narodził się mój sceptycyzm wobec miejsc serwujących ramen jako jedno z wielu dań, a nie podstawę menu?

Na tym ramenie nauczyłam się, że nie lubię tego szatkowanego imbiru (beni shoga) i przekonałam, jakim złem jest przemarynowanie jajka do tego stopnia, że pod wpływem marynaty ścina się żółtko.

Tego się nie robi jajku
Oedo Onsen Monogatari (大江戸温泉物語)
青海2-6-3
Kōtō, Tōkyo

Tori paitan z Shibuyi

Miałam różne sposoby na znajdowanie i priorytetyzowanie rameniarni, które odwiedzałam w ciągu ostatnich japońskich tygodni. Polecenia z Lonely Planet czy TripAdvisora są zawsze trochę niebezpieczne – zagęszczenie turystów nie zawsze świadczy o tym, że to najlepsze żarcie w okolicy – dlatego alternatywnie sięgałam do recenzji Ramen Otaku. Często rozbijałam się o nadmiar dobrych opcji w okolicy – kiedyś spędziłam prawie godzinę w centrum handlowym pod Sky Tree, próbując wymyślić, gdzie zjem obiad/kolację. Trafiłam wtedy na recenzje kulinarne Japan Times i tam – na obiecującą recenzję pewnego niewielkiego ramen shopu gdzieś w Shibuyi. Shibuya to zawsze dobry adres, stamtąd startuje pospieszne metro do domu, więc ruszyłam wyznaczonym przez Google Maps szlakiem i, podążąjąc za przebijającym się ponad gwarem centrum Tokyo hymnem Ligi Mistrzów trafiłam do niepozornego, ciemnego, pustego zaułka, gdzie czekało na mnie to:

Wiem, że to wygląda, jakby ktoś nalał może pół miski, tak tylko na dnie; żeby poczuć skalę, popatrzcie na jajko

Przemili rameniarze nie pozwolili mi uporać się z automatem (cały po japońsku – wyzwanie!), kazali mi usiąść i dali zalaminowaną kartkę z opisanym po angielsku menu. Byli podekscytowani wizytą obcokrajowca i bardzo zaskoczeni tym, że ktoś te anglojęzyczne recenzje knajpek na Japan Timesie czyta.

Bardzo zaskoczył mnie tu smak bulionu: mocno kremowy, oblepiający nudle, napełniający człowieka poczuciem radości i ciepła domowego ogniska. Wyjaśnili mi potem, że to tori paitan, czyli bardzo, bardzo długo gotowany bulion na bazie drobiowej – nic tak nie rozgrzeje serducha, jak rosół. Japończycy są w ogóle bardzo gościnni, ale w tej sowiej rameniarni poczułam się bardzo u siebie.

Ten ramen wspominam najmilej i najczęściej o nim myślę. Idźcie go jeść, kiedy będziecie w Shibuyi.

Sowa! (w pojemniczkach m.in. przyprawa yuzu)
麺屋 ぬかじ
宇田川町3-12 (monostep2 1F)
渋谷区, Tōkyō

Ramen nasz lokalny

Zazwyczaj kolejka przed lokalem dzień w dzień w godzinach lanczowych i kolacyjnych to najlepsza rekomendacja jakości miejsca. Przez większość czasu jednak powroty do Wako kojarzyły mi się raczej z tym, że trzeba jeszcze dojść do domu i zdobyć dla nas jakąś kolację po drodze, więc do regularnie cieszącego się półgodzinnym (co najmniej) oczekiwaniem na miejsce ramenu niedaleko stacji Wakoshi musieliśmy urządzić specjalną, sobotnią wyprawę w dniu, kiedy nie chciało nam się jechać do Tokyo.

Był to jedyny ramen, którego nie sfotografowałam.

Całe szczęście, że są mapy Google.

Kolejka była długa, ramen gorący i wypełniający żołądek ponad miarę. Tu mi chyba po raz pierwszy dano do kompletu z zupą miskę ryżu, którą ruszyłam tylko z szacunku, bo z rozsądku postanowiłam nawet nie próbować jej zmieścić obok zupy. Gdyby Japończycy oceniali wzrokiem sąsiadów, na pewno patrzyliby na nas z niedowierzaniem, bo tego ciepłego, wrześniowego dnia wszyscy jedli odpowiedni o tej porze roku tsukemen, a chyba tylko my zdecydowaliśmy się wziąć gorącą zupę.

Pamiętam z tego ramenu tyle, że nie dostałam jajka, bo go nie znalazłam na maszynie. I że pan nudlemaster długo usiłował się nas dopytać o jakieś rzeczy, chyba o tę miskę ryżu, czy ją chcemy, czy coś innego za nią, ale nie zrozumiałam, co i jak. I jeszcze że mieli górkę ramenowych magazynów, w których były o nich doniesienia.

Toczenie się do domu było wyzwaniem.

麺屋 樹真
本町12-33 (1F)
和光市, Saitama

Do tej rameniarni już nigdy nie będę mogła wrócić

Czasem był taki dzień, że krążyłam po domu jak duch i tylko myślałam o tym, jak to bym zjadła coś dobrego, ale nie chciało mi się jechać po to do miasta. A tu pustynia. Z jednej strony instytut badawczy, z drugiej instytut badawczy, tylko sushi za miedzą, ramen przy stacji już zaliczony, gdzie by tu jeszcze…!

I wtedy z pomocą przychodzi Tablelog i poetyckie tłumaczenia Google Translate na angielski.

Znaleźliśmy jakiś, według surowych użytkowników japońskich Gastronautów (kto to jeszcze pamięta?) bardzo dobry ramen w sąsiednim Narimasu, dwadzieścia minut spaceru.

Ledwo doszliśmy do stacji, zaczęło lać (sezon tajfunowy). My – bez parasola. Na szczęście jesteśmy w Japonii, więc można w pobliskim konbini kupić czwarty parasol w ciągu miesiąca i szukać tej polecanej rameniarni dalej, tylko po to, żeby odkryć, że jest zamknięte od kwadransa.

Głód ramenu nie przemija tak łatwo.

Znaleźliśmy szybko kolejną, weszliśmy do środka, parasol zostawiliśmy na suszarce przed wejściem (więc do domu wracaliśmy z jakimś innym), przestudiowaliśmy szybko porównawczo ze zdjęciami na plakacie automat i już-już chciałam wcisnąć przycisk, kiedy M. zapytał z troską: Jesteś pewna, że najesz się małym?

Wspomnijcie moje słowa: nie istnieją okoliczności, w jakich chcecie w Japonii zamówić ramen w innym rozmiarze niż najmniejszy jaki dają.

Bardzo chciałam spróbować ramenu z blanszowaną kapustą, więc wzięłam ten, do tego jajko i ten średni rozmiar, nudlemaster nawet nie pytał, czy chcę do tego ryż, po prostu go przede mną postawił. Efekt: posiłek dla czterosobowej rodziny w dwóch niepozornych miskach.

M. był w połowie swojej porcji, kiedy ja przebiłam się przez dodatki na tyle, żeby ujrzeć w ogóle bulion. Spróbowałam makaronu i zrozumiałam, że więcej niż kilka łyżek bulionu już się we mnie nie zmieści. Poddałam się i, mimo ofiarnej pomocy M., oddałam na kontuar talerz, który wyglądał, jakbym go w ogóle nie tknęła.

Myślę, że obraziłam wszystkie pokolenia mistrzów tego przybytku i duchy przodków nie pozwolą mi więcej przestąpić jego progów.

(A szkoda, bo kapusta i pieczeń były najlepsze na świecie!)

武蔵家 成増店
成増2-17-21
板橋区, Tōkyō

Czytaj więcej o ramenie

Ramen: krótki przewodnik | Tysiąc odcieni ramenu (cz. I) | Jeszcze więcej ramenu (cz. II) | To już prawie koniec ramenów (cz. III) (pisze się) | Polskie rameny (też się pisze) | Nadzieja ramenu w Krakowie | Ugotowałam ramen