Daily #8, rytuał

Rytuały są ważne.

Przygotowuję moją jedyną kawę w ciągu dnia mieląc ziarna w ręcznym młynku, przesypując zmieloną kawę do ekspresu, ustawiając pojemność kubka na 180 ml, dodając łyżeczkę oleju kokosowego i mleko bez laktozy, podgrzewając kawę w mikrofali przez 20 sekund i mieszając kawę spieniaczem. Mielenie kawy najsilniej działa na percepcję współpracowników, ale przecież pozostałe elementy też składają się na rytuał.

W pracy zaczynamy każdy dzień od małego, pięciominutowego zebrania, podczas którego każdy opowiada, czym będzie się dziś zajmować. Sam fakt, że muszę dzień wcześniej (albo tuż przed zebraniem, jeszcze przed poranną kawą) przygotować sobie listę zadań sprawia, że czuję się przygotowana do pracy. Dni, kiedy nie ma zebrania rozkręcają się o wiele wolniej.

Jeśli tylko mogę, chodzę wszędzie pieszo. Stałą ścieżką dźwiękową są wtedy podcasty, których słucham na przyspieszeniu 1.5 lub 2, bo przy normalnym tempie nie umiem utrzymać uwagi na treści wypowiedzi. To tak bogaty świat, że niekończąca się biblioteka Overcasta daje mi poczucie głębokiego spokoju – odcinków nigdy mi nie zabraknie.

Do rytuałów nie zalicza się już przeglądanie Facebooka po przebudzeniu, dopóki senność nie opuści moich powiek. Nastawiałam się na trudną do zniesienia reakcję obronną organizmu po nagłym odstawieniu scrollowania, kliniczne FOMO – ale nie. Czasem tylko nie wiem, co się dzieje (San Escobar wytłumaczył mi M., widząc, że nie śmieję się z żartu), ale poza tym – czyste JOMO.

I akurat dziś w kolejce podcastowej pojawiła mi się powtórka odcinka Note to Self właśnie na ten temat. Przypadek?