Daily #7, day off

Ledwo wróciłam do pracy, od razu poczułam się lepiej. Życie frilansera nie jest dla mnie, zewnętrzna motywacja do życia to jest to.

Wraz z ochotą do pracy wróciło obłożenie studiami. Przez ostatnie trzy tygodnie prawie zapomniałam, że studiuję i było to uczucie wielce wyzwalające; doświadczenia użytkownika to dość trudna branża dla introwertyka (wieczne warsztaty, ciągła praca w grupie, no i przedmiotem zainteresowania przecież też są inni ludzie), więc częściej niż wcześniej potrzebuję długich przerw od interakcji, żeby mieć szanse naładować baterie przed kolejnym sprintem.

Wczoraj ładowałam je przerabiając mydło na nową kostkę. Miałam trochę resztek i jedną całą kostkę pięknego greckiego mydła, które dla mojej skóry okazało się jednak zbyt wysuszające. Przetopiłam je razem, pokrojone w drobne kawałeczki w kąpieli wodnej z dodatkiem olejów i teraz stygnie na parapecie w foremce; a jak kuchnia wczoraj pięknie pachniała…

Dziś postanowiłam z doskoku upiec ciasto. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że za szybko wylałam na wierzch galaretkę i przeniknęła mi przez krem do biszkoptu. Ale to nic. Pierwsze koty za płoty – krem wyszedł przepyszny (mascarpone + śmietanka + cukier + wanilia).

Dotarły do mnie też zakupy ze sklepu Klaudyny Hebdy – stąd zresztą inspiracja do przetopienia mydła – olejki, sole i serum do rąk. Wszystko zapakowane tak pieczołowicie i w tak śliczne pudełeczka, że chyba nie będę wyjmować buteleczek z kartonowych opakowań. Kupowanie w małych sklepach ostatnio jest serią inspirujących doświadczeń – obok automatycznych powiadomień mailowych z systemu sklepu internetowego dostaję też prywatnego maila od sprzedawcy o wysłaniu zamówienia (i różnych innych rzeczach przy okazji), wywiązuje się z tego przemiła korespondencja, a ja jestem oczarowana podejściem do klienta. Daję okejkę.

Z tej całej pracy umknęło mi wczorajsze daily. A już miałam świętować, że umiem utrzymać postanowienie przez cały tydzień!