Daily #6, mrozy

Szykowałam się dziś rano jak do bitwy. Podkoszulek, koszulka. Świeżo skończony, gruby wełniany sweter. Wielka wełniana chusta, zamotana ciasno pod szyją, żeby nie wdarł się żaden zdradliwy podmuch mroźnego wiatru. Grube skarpety, nogawka wetknięta po samą piętę. Płaszcz zapięty pod szyję, maska na twarz, wełniana czapka, kaptur. Rękawiczka wsunięta dokładnie w rękaw.

Pokulałam się o szóstej trzydzieści do przychodni, dreptając po oblodzonych na kilka centymetrów chodnikach.

Pielęgniarki w rejestracji w poniedziałkowy poranek to pierwsza linia frontu. Szybko przetrzebiają kolejkę z petentów, którzy powinni byli najpierw udać się na piąte piętro. Sama kolejka już rządzi się twardymi prawami: przed otwarciem okienka pacjenci zajmują miejsca siedzące w pozornie losowym układzie, ale ledwo szczęknie zamek żaluzji, podnoszą się i bezbłędną choreografią oddają kolejność pojawienia się w poczekalni.

Pielęgniarki odpowiedzialne za utaczanie krwi zwijają się jak w ukropie. Operację prowadzi, z bluetoothową słuchawką wystającą z ucha, podobna do Tildy Swinton generał.