Daily #5, podobno jest zimno

Nie wychodziłam z domu od zeszłego poniedziałku, więc ominęła mnie fala mrozów, która skuwa Polskę. Dziś po południu z przerażeniem zorientowałam się, że nie posiadam czapki, która jutro o szóstej trzydzieści uchroni mnie przed nawrotem choróbska, kiedy będę przez zaspy brnąć do przychodni. Od czego są druty, pomyślałam, i wydziergałam sobie czapkę.

Nie, wcale nie miałam poważniejszych rzeczy do roboty.

Dawno już nie wyhodowałam sobie takiego niepokoju przed powrotem do pracy po przerwie. Gula w gardle, ucisk w żołądku, stres i niechęć. Nawet nie do końca wiem, skąd to się wzięło. Jest trochę tak, jakbym spodziewała się pożaru, katastrofy, lądowania meteorytu w miejscu, gdzie teraz stoi mój komputer. Jak przed egzaminem, na który się nie nauczyłam. A chyba nie mam powodu.

Czasem mam takie dni, kiedy wszystko mnie drażni, fizycznie, dosłownie. To, że coś stoi nie na swoim miejscu. Że jest hałas. Że jest bałagan. Że nie mogę być sama w pokoju. Że jestem sama w pokoju. Kot. Brak kota. Dotknięcie przedramienia. Nerwowy śmiech. Jestem tykającą bombą, czekam na właściwy moment, jestem ciągle pod obserwacją, nerwy mnie zjadają.

Wyjście z domu dobrze mi zrobi.