Daily #4, siedem dni

Postanowienia noworoczne zawsze ewoluują.

Najpierw mogę sobie obiecać, że będę używać punktowanego dziennika codziennie, zapisywać zadania i krótkie myśli na temat każdego dnia – powziąć to postanowienie dwa tygodnie przed końcem roku, nawet gratulować sobie rozsądnego marginesu na przygotowanie. Potem przejrzeć insta i jutuba, przerazić się, że dziennik wymaga kosmicznych umiejętności kaligraficznych, odłożyć tę myśl na potem, tylko czasem z nudów porównywać moleskiny i leuchtturmy.

Westchnąć i kupić notesy polne z nadzieją, że ulotny charakter notesu zdejmie trochę presji z człowieka.

Odkryć, że są tak o trzy, cztery kratki mniejsze niż by człowiek chciał na ten miesiąc.

Zanotować dwa dni, zapomnieć. Siedząc w domu łatwo się zapomina o takich rzeczach, jak zadania. Zadania przychodzą ze świata zewnętrznego. Świat nie istnieje, jeśli nie wychodzisz, nie czytasz fejsa, nie oglądasz wiadomości. Co zapisywać?

Więc postanowienie ewoluuje, przekładam notes z szafki nocnej do plecaka i uznaję, że zacznę w poniedziałek, kiedy wrócę do pracy.

Z jogą udało mi się przez trzy dni, potem przyszła sobota i postanowiłam wytłumaczyć sobie, że moje obolałe przykurcze zasługują na weekendową przerwę. Ot, ewolucja?

Poniedziałek napełnia mnie niepokojem. Tryb życia w domu sprawia, że czuję się jak w poczekalni, nie umiem się zabrać za żadne zadanie. Praca dyplomowa majaczy gdzieś na peryferiach pola widzenia, straciłam rozpęd, który jeszcze na ostatnim zjeździe napawał mnie takim optymizmem. Nie wiem, skąd wziąć energię na motywowanie nie tylko siebie, ale i zespołu – to trudne, a nie było takiego przedmiotu na żadnych studiach.

W kolejną sobotę spojrzę na ten tydzień i pomyślę, że szkoda, że moim największym osiągnięciem z tego czasu było zrobienie prania i obejrzenie połowy jutuba. Pewnie mogłam podbić świat.