Daily #2, koci tryb życia

Jeśli miałabym wskazać jedną cechę chorobowego uziemienia, której najbardziej nie lubię, to na pewno byłoby to całkowite rozpadnięcie się wcześniejszego rytmu dnia.

Odkąd pamiętam, ścierają się we mnie wykluczające się preferencje: siedzenie do późnia pobudza moją kreatywność, ale to wstanie wcześnie rano, jakkolwiek nie cierpię samego aktu, sprawia, że czuję się produktywnie. Co roku mam to samo postanowienie noworoczne: wstawać tak wcześnie, żeby przed wyjściem do pracy zaliczyć poranną jogę, prysznic, śniadanie i kawę.

Dziś obudziłam się o jedenastej.

I zanim na mnie prychniecie, że się w dupie poprzewracało od siedzenia w domu, śpi do południa jak księżniczka, to spieszę z argumentem, który często słyszę od M., brzmiącym: poszłam spać o trzeciej, więc bilans się zgadza. (Czy do trzeciej robiłam coś wartościowego, to zupełnie inna para kaloszy).

Jednak jedzenie śniadania w południe sprawia, że nim zacznę pracować nad czymś produktywnym – powiedzmy, wrócę do projektu dyplomowego czy zacznę coś czytać albo pisać – zapada zmrok i właściwie robi się pora na drzemkę.

Nie umiem w drzemki. Koncepcja snu przez dwadzieścia minut jest mi obca. Jak mówi mój zegarek, przeciętnie drzemię przez co najmniej dwie godziny, więc wstaję z bólem głowy, katarem, zwykle lewą nogą. Odnotowane w punktowanym dzienniku zadania na dziś śmieją się ze mnie szyderczo.

Problem z rozpadniętym rytmem dnia ugryzie mnie w tyłek najbardziej w poniedziałek, kiedy trzeba się będzie zebrać do pracy po dwóch tygodniach zwolnienia. A praca nie jest łaskawa dla wewnętrznych zegarów, nie szanuje rozregulowania, nie suplementuje melatoniny.

  • Też nie umiem w drzemki. Wstaję zła, otępiała i głodna jak wilk. Potrafię zjeść pół tabliczki czekolady zanim tak naprawdę się obudzę.
    Zaś w regularnym rytmie pracy jest błogosławieństwo i przekleństwo. Za nic ma sobie nasz wewnętrzny zegar, ale też wyciąga z rozmemłania tak błyskawicznie, że po dwóch dniach człowiek zapomina, że potrafi w ogóle żyć inaczej.

    • Tak. Tak jak teraz nie mogę sobie przypomnieć, że kiedykolwiek żyłam regularnie.