Daily #1, nadal choruję

Kiedy zaczynasz chorować, może przemknąć ci przez głowę taka myśl, jak wspaniale, marzyłam o urlopie od tygodni, albo, cudownie, nareszcie nadrobię wszystkie lektury.

A potem spada na ciebie rzeczywistość ciała złamanego antybiotykiem, góry chusteczek piętrzącej się wszędzie, gdzie przycupniesz na dłużej niż kwadrans, kaszlu budzącego całą okolicę w środku nocy. Nawet, kiedy pójdzie już sobie gorączka i najgorszy dreszcz, kiedy już cumujesz pod pierzyną tak długo, że zaczynają pożerać cię wyrzuty sumienia, że przecież marnujesz swoje życie, którego może część wykaszlałaś z siebie przez ostatnie dwa tygodnie, nawet wtedy wychodzi na to, że przyswajanie wiedzy przerasta twój wątły organizm i zasypiasz w pół rozdziału. Sklepy internetowe się cieszą.

Spędziłam półtora dnia na rozplątywaniu papierowej japońskiej nici, którą splątałam jeszcze we wrześniu. Kiedy robisz na drutach, plątanie przędzy to codzienna, normalna sprawa. Kudos wszystkim dziewiarkom, które twierdzą, że nitka im się nigdy nie plącze. Dla mnie kołtun wełny to zwykle około godzinna przerwa, bo nigdy go nie tnę – jeśli utnę, pod koniec zawsze zabraknie mi włóczki, to jak klątwa – tylko supełek za supełkiem rozplątuję. Wydzieram chaosowi kolejne centrymetry.

To najbliższe medytacji, co przywiozłam z podróży.

Supeł z kłębkiem