Czy kucie kanji przed wyjazdem do Japonii się opłaca?

Powiem krótko: tak. Totalnie opłaca się znać nawet kilka znaków kanji. Nawet jeśli nie planujecie być poza Tokyo.

To bardzo dużo roboty

Uczenie się kanji to mnóstwo zachodu; być może zorientowaliście się już po moich poprzednich relacjach. Można rwać włosy z głowy i mieć ochotę rzucić to milion razy, bo przecież skoro do swobodnego poruszania się w przestrzeni japońskiego języka potrzeba dwóch tysięcy znaków, to ile tak naprawdę człowiek jest w stanie opanować krótko przed wyjazdem? Nie mam cierpliwości do oklejania karteczkami całego mieszkania i uczenia się nazw i znaków wszystkiego, co mnie otacza, bo raczej nie musiałam podczas podróży pytać nikogo o lodówkę albo szukać zlewu na mieście. To może największy minus metod, jakie stosowałam: trudno było wyłowić znaki, które rzeczywiście przydają się w podróży, bo lekcje idą albo według skomplikowania znaku, albo w kolejności z japońskiej szkoły.

Udało mi się w ciągu kilku miesięcy nauki w miarę opanować znaczenia około trzystu znaków; z grubsza program pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej. Na pewno bardzo spowolniły mnie próby zapamiętania czytań i pewnie gdyby pytał ktoś, kto tak jak ja nie ma w planach nauki języka, powiedziałabym: odpuść sobie czytania i znajdź metodę, która ich nie wymusza. Nie wiem, czy kiedyś mi się przyda to, co udało mi się zapamiętać, ale podczas pierwszej wyprawy nie próbowałam szpanować japońskim*, więc równie dobrze mogłam się tego jednak w ogóle nie uczyć.

(*Poza tą jedną sytuacją, kiedy chciałam sprawdzić, co jest na trzecim piętrze sklepu buddyjskiego i wylądowałam w windzie z miłym panem, który bardzo intensywnie tłumaczył mi coś po japońsku (być może, że nie mogę wjechać na trzecie piętro), a ja próbowałam go spławić przez wypowiedziane z ukłonem sumimasen, watashi wa nihongo wa wakarimasen, ale nie dał się przekonać i śledził mnie w sklepie, aż sobie poszłam. Może próba wyjaśnienia po japońsku, że nie mówię po japońsku nie jest zupełnie przekonująca… Ale jak by nie patrzeć, nie próbowałam wtedy przeczytać na głos żadnego kanji!)

I tak trudno czytać kanji dostatecznie szybko

Na lotnisku wszystkie napisy były po angielsku, tak samo na stacjach metra i kolejki JR. Ale już maszynka do zakupu biletów była tylko po japońsku (to nie reguła, ale się zdarza). Jedzenie w sklepie jest opisane tylko po japońsku, dobrze znać znaki na rzeczy, których nie możemy albo nie lubimy jeść. Znaki drogowe – tylko w kanji. Menu w wielu kanjpach oraz maszyny w rameniarniach – kanji! Szyldy – kanji. Ogłoszenia – kanji. Wyjaśnienie, że pociąg nie jedzie, bo drzewo spadło na tory – w kanji (ale tu nie pomoże nauka, bo ręcznie pisane znaki to kompletnie inna para kaloszy).

Innymi słowy: bez próby opanowania choć kilkudziesięciu podstawowych znaków wszystkie komunikaty dookoła będą się wydawały jedną wielką paczką rozsypanych bierek.

Tak, tak. Można wyjąć telefon, włączyć Google Translate, robić zdjęcia wszystkiemu i interpretować wiersze, jaki wypluwa translator. Ale na dłuższą metę nie jest to za wygodne, zresztą nie zawsze da się zrobić zdjęcie (np. jadąc pociągiem, chcąc zrozumieć coś, co jest za oknem).

(Plusy słabego ogarnięcia kanji: nie odczuwa się tak silnie reklamy outdoorowej! Nie występuje zjawisko bezwiednego czytania plakatów i bilboardów, krajobraz wydaje się spokojniejszy, i to pomimo silnej wizualności materiałów reklamowych. Moc języka jest chyba jednak niedoceniana.)

Znak uliczny
A oto znak drogowy, z którego nic nie zorumiem poza datami i godzinami. Zważcie na pięknie wpisane ręcznie znaki, niemal nie do odróżnienia od druku: to trochę jakby ktoś wykaligrafował TNR na tablicy drogowej.

Łatwiej nauczyć się kany

Wszystkie książki do nauki japońskiego mówiły mi zawsze: najpierw ucz się hiragany, bo ona jest ważniejsza dla nauki japońskiego. Jasna sprawa. Ale jednak pod kątem podróżniczym poleciłabym naprawdę porządne nauczenie się katakany, jeśli nie macie czasu na opanowanie obu sylabariuszy. Katakaną zapisuje się zapożyczenia z angielskiego, a jeśli nie znacie japońskiego, te anglicyzmy są właściwie jedyną nadzieją na zrozumienie, o co chodzi. Napis katakaną wystarczy wtedy dziesięć razy przeczytać na głos, obowiązkowo zaznaczając długie samogłoski, a przy odrobinie szczęścia skojarzycie to z właściwym angielskim słowem. Obowiązkowo stosować w sklepie spożywczym.

Hiragana przyda się we wszystkich tych sytuacjach, kiedy znacie japońskie słowo i, na przykład, chcecie na maszynie w knajpie odróżnić らーめん/ラーメン od つけ麺; w drugim przypadku wystarczy odczytać tsuke na początku i już wiecie, że to będą zimne nudle do maczania, choć nie znacie kanji (to znak na makaron, btw). W hiraganie bywają zapisane napisy i nazwy, które mogą być przeczytane też przez dzieciaki. Poza głównymi miastami bywa i tak, że nazwa stacji jest zapisana tylko w kanji i w hiraganie, więc fajnie móc to szybko przeczytać.

Ale sama kana nie wystarcza na pewno do poradzenia sobie w Japonii, jeśli interesuje was zdolność odczytywania napisów.

Już nie uczę się kanji

Bo wróciliśmy i nie wiadomo, czy i kiedy znowu pojedziemy, a mam mnogo innych rzeczy do nauki w tej chwili. Ale wciąż super jest móc czasem odcyfrować jakiś napis, czy to w japońskim, czy w chińskim. No i fajnie było liznąć jednej z trudniejszych rzeczy do nauczenia się w językowym świecie.