Zen, zazen

Chciałam pojechać na medytację dla cudzoziemców do Kyoto, ale w ostatniej chwili zorientowałam się, że w sierpniu trwa przerwa i nie można.

Chciałam wybrać się na medytację w Tokio, ale nie mogłam znaleźć niczego, co pasowałoby do naszego grafika aktywności.

A potem pochlipałam M. w ramię, że nic mi się nie udaje z moich planów na Japonię, że Fuji nie i że medytacja w Kyoto nie, że ryokan z onsenem nie, więc mi znalazł taką medytację, że w porządku dla cudzoziemców i że po południu, i w świątyni blisko metra do domu i tak dalej (ryokan też znalazł). I kto tu jest najlepszym kompanem na świecie?

Instrukcja ze strony głosi, że trzeba się co najmniej dzień wcześniej zapisać i zapowiedzieć, więc się we wtorek wybrałam w daleką podróż do stacji Myogadani, skąd już ledwo kilka kroków miało mnie dzielić od słynnej świątyni, gdzie mieszka Jizō owinięty sznurkami. (Historia owijania szurkami figurek Jizō idzie podobno mniej więcej tak, że Jizō często ucieka ze świątyni, w której mieszka, więc trzeba go przywiązać, żeby nie uciekł. Wtedy można go poprosić, żeby spełnił życzenie; jeśli chce być uwolniony, to nie ma wyjścia i je spełni, po czym się ów sznurek rozwiązuje. To jest chyba jakiś niemiły Jizō, skoro nikt mu nie rozwiązuje tych sznureczków…)

Zeszłam w dół krótkiej ulicy, nic. Weszłam z powrotem w górę, nic. Tylko domy dookoła, żadnych świątyń – a z buddyjską nie jest tak prosto, jak z szintoistyczną, bo nie ma wielkiej bramy, która mówi, gdzie to ma być. Patrzę w Google, tam zdjęcie wejścia, ale jak bym nie patrzyła, takiego wejścia nigdzie nie widać. Idę w dół. Patrzę, inna świątynia, myślę – może to jednak ta? Wchodzę i spotykam jedynego mieszkańca (tego ze zdjęcia na górze).

Idę w górę. Nic. Idę w dół. Nic się nie zmienia, wciąż tylko plac budowy i mieszkania przy wąskiej ulicy. Myślę, no pięknie, zburzyli mi świątynię pewnie, stąd ta budowa! Wchodzę po jedynych schodkach, jakie widzę. Za płotem buddyjski cmentarz.

Pierwszy trop: na płocie wisi mapa prowadząca do figurki w sznurach!

Schodzę. Mijam budowę (na bramie budowy ta sama instrukcja), skręcam w uliczkę i w bramę, jakby komuś do domu. I oto jest.

Jizo uwięziony

Dalej znów cmentarz, ale żadnej świątyni. Myślę: cóż to za zabawy!

Przy stromej ścianie stoją schody dla robotników. Dobra, wejdę, najwyżej mnie jakiś robotnik uprzejmie pogoni, tak jak uprzejmie potrafią przeprowadzać przechodniów przez ulicę!

Schody do nieba

Wchodzę, nikt mnie na pogonił. Na górze ciąg dalszy cmentarza
i duży dom, w szybie – wizerunki Buddy. Czy to współczesna świątynia?

Oglądam nagrobki i myślę: wejść, nie wejść. Zdjąć buty? Zawołać konnichiwa od progu? Usiadłam na ławeczce zmierzyć się z dylematem. Za szybą kot. Skoro kot, to musi to jednak być świątynia. Ale gdzie się obmywa ręce przed modlitwą? Ach, tam z boku stoją cebrzyki do obmywania. Jakie to ciekawe, takiej świątyni jeszcze nie widziałam.

Wejście do świątyni

Ratuje mnie to, że dwóch mnichów w mnisich strojach zmierza w moją stronę. Pierwszy od razu pyta: zazenHai, odpowiadam z ulgą w głosie, chociaż dalej już nic nie rozumiem i muszę wakarimasenWait here, mówi po chwili zastanowienia drugi mnich i obaj znikają w czeluści budynku. Wraca po paru minutach, w ręce komórka, na komórce – mapa, na mapie zaznaczone jakieś inne miejsce. Trochę na migi, trochę po japońsku wyjaśnia mi, że tam mam jutro przyjść. Six thirty? dopytuję, on najpierw nie wie, ale kiwa głową, że tak, a potem kłania mi się do samej ziemi, mnich ze świątyni na środku placu budowy.

Stoi na górze

Żuraw z budowy w tle

Cmentarz z Jizo

Ofiara przodkom

Plac budowy

Wróciłam na tę stację następnego dnia o szesnastej, w upalny dzień, mokra od potu i głodna, bo od oglądania figur Buddy i Bodhisattwów w muzeum zapomniałam zjeść obiad. Docieram na róg ulic i co widzę pod adresem, który wskazał mi mnich? Family Mart, czyli konbini, innymi słowy – mogę kupić kawę albo skarpetki, ale ciszy i skupienia raczej nie. Może na zapleczu mają pokój dla lokalnych medytujących mnichów? Może można tu kupić zafu do medytacji w promocyjnej cenie, 24 godziny na dobę? Po kwadransie krążenia wokół budynku wchodzę do tego obok, gdzie z miłym, zatroskanym panem kontemplujemy mapę okolicy, próbując ustalić, gdzież to zazen może mieć miejsce. Ustalamy tyle tylko, że na pewno nie tu. Przeze mnie pan nie odbiera pięciu telefonów, może to żona dzwoni, że ryż już ugotowany, a co ty jeszcze robisz w pracy? Kłaniam się nisko, arigatō gozaimasu, wychodzę. Staję naprzeciw budynku mieszkalno-biurowego, to najbliżej kropki na mapie, myślę, wejdę do środka, posprawdzam napisy na skrzynkach, a nuż któryś przetłumaczy mi się w translatorze jako mnich albo zen, albo medytacje?

Czy to tu?

A tu już w drzwiach wita mnie spieszący się na górę starszy pan, pytając radośnie: zazen? Ja nie wiem, skąd on wiedział, ale już jestem w windzie, już jedziemy na dziewiąte piętro, a z nami też jedyny człowiek, który na całej tej imprezie mówi po angielsku. Twój pierwszy raz? pyta, a potem jest bardzo zafrasowany, kiedy mówię, że tak.

W sali na górze, która niczym nie zapowiada, że w środku odbywają się buddyjskie obrzędy, ot, metalowe drzwi, trochę jak do mieszkania, trochę jak do magazynu, tam jest mnich w samue, który szybko po japońsku, wskazując na mnie kilka razy prosi owego kolegę, żeby wprowadził mnie w zasady zachowania podczas spotkania, bo nikt inny, jak się okazuje, nie zna języków.

I tak oto biedny kolega, który nawet nie podał mi swego imienia, zostaje moim przewodnikiem.

Przebieralnia dla kobiet
Przebieralnia dla kobiet.
Szafka na buty
Szafka na buty, a obok szafki – wieszak z kapeluszem mnicha i naczyniem na ofiarę.
Zafu i bęben
Za zasłoną leżą zafu, a obok instrumentarium – bęben, misy, gong. Mnisi mają na sobie samue, czyli strój do pracy.

Zafu trzyma się trzema palcami, wyjaśnia szeptem, kiedy chwytam je całą ręką. Szeptem, bo w pokoju są już medytujący. Nie możesz wejść w skarpetach, więc ściągam skarpety (że buty trzeba zdjąć tuż za drzwiami to chyba wiadomo). Najpierw lewa stopa, pokazuje przed wejściem do części pokoju przeznaczonej do medytacji. Wchodzę za nim na matę, kłaniam się Buddzie stojącemu na środku. Powoli, niosąc poduszkę przed sobą idę krok za krokiem wokół Buddy na swoje miejsce wyznaczone piankową matą. Kładę poduszkę na macie i zgodnie z instrukcją ugniatam ją, by była wyższa i wygodniejsza do siedzenia. Układam naszywką do siebie. Wstaję, składam ręce, kłaniam się ścianie, potem ukłon w stronę środka pokoju, odwracam się do poduszki, obchodzę ją z lewej strony i siadam wygodnie. Znasz jogę?, pyta przewodnik, składając nogi w pozycję kwiatu lotosu. Kwiat lotosu mnie przerasta, więc zakładam nogę do półlotosu i słyszę, że tak też jest dobrze, tylko czy mogłabym tę nogę trochę wyżej, aż na biodro? Próbuję.

Złóż ręce w mudrę i przymknij oczy, ale nie zamykaj ich do końca.

Mudra

Mnich mówi: będą dwie sesje po pół godziny, ja słyszę: będziesz tak siedzieć już zawsze.

Przede mną ściana. Po chwili gaśnie światło i rozlega się gong, bammm, bamm, bamm, bam, bambambammm. Zapalają się świece i kadzidło, w pokoju całkowita cisza. Po chwili wzrok przyzwyczaja się do ciemności i widzę na ścianie mój cień. Wzorem sąsiada zdejmuję okulary. Nie mija pięć minut, drętwieje mi noga. Zastanawiam się, czy zmiana pozycji kogoś obrazi albo czy sprawi, że Budda zapłacze. Ruszam nogą minimalnie i czuję ostry ból biodra. To będzie trudna sesja.

Widzę po cieniu na ścianie, jak za mną bardzo powoli sunie mnich, trzymając w rękach przed sobą wąską drewnianą listewkę. To keisaku, ręka Buddy: każdy z medytujących może poprzed złożenie dłoni jak do modlitwy dać sygnał mnichowi, że potrzebuje jej uderzenia. Mnich wtedy klęka przy medytującym i mocno uderza go deską w ramię, co ma przywrócić uczniowi skupienie na medytacyjnym zadaniu. Wzdragam się trochę za każdym razem, kiedy słyszę głośne uderzenie gdzieś za plecami.

Czas mija, nie dość szybko. Orientuję się, że zamiast oczyszczać umysł, myślę o tym, co jest dookoła. Ale trudno o tym nie myśleć. Zamykam oczy. Melodyjka z gry, w którą gram w metrze. Otwieram oczy. Przesuwam nogę. Strzał bólu w ramię, bólu prześladującego mnie w Japonii od miesiąca. Siedzimy w ciszy, nie mogę się ruszyć, ból narasta, ogarnia mnie, jest jedynym co się liczy, osiąga natężenie większe niż kiedykolwiek przedtem. Medytujący obok mnie kiwa się, zasypiając; mnich jednym ruchem ręki prostuje go raz za razem.

Uderzenie w misę, gongg, minęła półgodzina. Ukłon do ściany, wstajemy, nie tylko mi zdrętwiała noga.

Teraz czas na medytację w chodzie, czyli kinhin. Dłonie są teraz złożone w innej pozycji – shashu – i każdy krok ma być wykonany po wykonaniu wdechu i wydechu. Po rozprostowaniu nóg czuję, jakby przeszło mi zdrętwienie i ból ramienia. Wspaniałe uczucie, nabieram wiary w to, że rzeczywiście mogę przetrwać następne pół godziny. Ugniatam poduszkę, siadam, zakładam nogę w sensowniejszy sposób, inaczej układam dłonie, jest w porządku.

Światło gaśnie, dźwięk misy. Mnich znów chodzi z Buddą za rękę, pac, w ramię.

Po chwili ciało znów daje o sobie znać. Każdy ból, jaki czułam w ciągu ostatnich miesięcy, każdy z nich wraca i uderza ze zwielokrotnioną siłą. A ta pozycja wygląda tak niewinnie na zdjęciach! Biodro. Ramię. Dłoń. Stopa. Jeśli czegoś jestem prawdziwie świadoma, to tego, z jakich elementów składa się moje słabe ciało. Nie ma na tej medytacji wiodącej myśli kōan do rozważenia, ale ja powtarzam sobie w myślach, że dam radę. Dam radę. Dam radę.

Dałam. Pika timer, mnich zbiera się z maty i zaczyna uderzać w bęben, bamm, bammm, bamm. Potem znów misa, ding, dingg, dingg, dingdingding, dźwięk wypełnia moje myśli i wypiera wszystkie inne. I tak na zmianę, trzy razy. Po trzecim razie znów ukłon do ściany i można wstać, wstajemy, odwracamy się przodem do środka pokoju; nagle mnisi są w szatach – wcześniej widziałam ich tu po cywilnemu – i główny kapłan wykonuje rytuał z kadzidłem przed figurą Buddy stojącą na środku pokoju. Wszyscy śpiewają sutrę, dostaję książeczkę z jej transkrypcją oraz instrukcję, jak prawidłowo tę książeczkę trzymać. Mam wyrzuty sumienia, bo przewodnik dużo czasu spędza na szukaniu mi sutr w książeczce, poza tym upuszczam książeczkę, próbując prawidłowo ułożyć dłonie.

Koniec śpiewu, siadamy na podłodze, zafu obok, po lewej stronie. Kapłan mówi długo i śpiewnie, gdzieś na początku prosi, żebym się przedstawiła, wstaję i staram się przedstawić po japońsku, choć wcale tego nie ćwiczyłam. Wszyscy są bardzo uszczęśliwieni, ale potem muszę tłumaczyć po kolei, że jednak nie znam japońskiego.

Po przemowie kapłana i jeszcze kilku ukłonach ceremonialnie schodzimy z maty i słyszę, że teraz będzie impreza. Buddyjska impreza? myślę i okazuje się, że tak, zamiast zwyczajowego picia herbaty po medytacji, dzisiaj jest bania i ciastka ryżowe, Budda trafia do kąta, rozkładają się japońskie niskie stoły, na stołach piwo i czarki do picia, i ciasteczka, siadaj, siadaj z nami, pijemy alkohol, nieważne, że nie znasz japońskiego, pić z nami możesz!

Jeden z uczestników podłapał, że znam trochę francuski i nagle qui, qui, bien sur, j’aime Japon tres bien i inne zdania brzmiące z grubsza po francusku, bo okazuje się znienacka, że to czasem lepiej działa niż angielski, zwłaszcza po bani. Doświadczyłam miejscowego zwyczaju nalewania alkoholu nigdy sobie, a tylko komuś innemu i uczynnie nalewam piwo innym uczestnikom zabawy, co spotyka się z uznaniem, ha, ha, nietutejsza, a wie, jak się po japońsku pije! (a to trochę jak przepijanie do siebie po krakowsku, wiadomo). Tu konwersujemy, a skąd jesteś, a ile masz lat, a co twój chłopak robi, olaboga, w centrum badawczym w Japonii pracuje? A co ty robisz, na uczelni wykładasz? W tym wieku? I już się zmienia kaliber rozmowy, już jestem klasę wyżej, już się zmienia rodzaj języka. A nihonshu piłaś? A piłam, bo to japoński na zwykłą sake, ale nie pogardzę, bo dzisiaj nihonshu się leje z okazji ślubu jednego z medytujących, który w szacownym wieku lat 67 po raz pierwszy się ożenił, jak mi wyjaśnił pan kapłan.

Z Polską kojarzy się moim nowym buddyjskim znajomym głównie Chopin, Gołota (to dlatego, że kapłan jest mistrzem karate i ma czarny pas. Czarny pas!), a stareńkiemu mnichowi, który z innymi porozumiewa się tylko pisząc na tablicy zmywalnym markerem i patrzy na mnie wzrokiem przeszywającym moją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – z Żubrówką (to taka wódka z trawą!).

A makaron jadłaś? pyta kapłan, potwierdzam, że jadłam. A siorbać umiesz? chce wiedzieć, demonstrując na migi, jak siorbie prawdziwy Japończyk. Próbowałam, odpowiadam, na co on chce wiedzieć, czy mój chłopak przyjedzie do niego siorbać z nim makaron, bo nie bardzo mi chyba wierzy, że moglibyśmy się tej sztuki nauczyć, a poza tym to czemu on na medytację ze mną nie przyjechał?

A co w Japonii widziałaś? chcą wiedzieć, więc wyliczam, że Hokkaido i Sapporo, że Kyushu i Kumamoto, że Fukuokę, Nagasaki, Hiroshimę i Kyoto, że Narę i Amanohashidate, i Shikoku… I jest łapanie się za głowę, dziewczyno, jak tyś to zrobiła, przecież te pociągi takie pierońsko drogie! Więc im powiedziałam, co to JR Pass.

A co robisz, jak podczas medytacji łapie cię napięcie w mięśniach? pyta znienacka kapłan. Zastanawiam się chwilę nad dobrą odpowiedzią i mówię: czekam, aż minie, bo wiem, że minie. Uznanie, kiwanie głową, dobrze powiedziała, a na migi porada – trzeba wziąć głęboki oddech, poprawić postawę ciała i przejdzie. I jeszcze kilka takich porad pełnych mądrości odebrałam, osobiście!

A skoro jesteś z Polski, to pewnie jesteś katoliczką, tam są katolicy, prawda? To co robisz na medytacji zen, czemu cię to interesuje? pyta mnie mnich stareńki, który widać kawał świata poznał, bo inni tyle o Polsce nie wiedzieli. Szukam dłużej dobrej odpowiedzi, mówię: ciekawi mnie zen, bo jest bardzo różne od katolicyzmu. I to też dobra odpowiedź, kiwanie głową z uznaniem, nalejcie jej shōchū (a to trochę mocniejszy alkohol, bliżej wódki, ostrzegają mnie, że aż 25% ma mocy).

A whisky japońskie piłaś? pyta mnie po francusku uczestnik medytacji, którego kapłan nazywa szaloną małpą. Nie piłam, ale nie chcę pić, więc szybko zmieniam temat, ale znam SuntoryOoo, a skąd znasz Suntory? pyta prawdziwie mi nie wierząc, więc ja – Lost in translation. A on nic! Na szczęście kapłan mu wytłumaczył zaraz szybko, że Biru Mureiu, że Skareto Yohanso, że Koppora – dobre kino.

I wszyscy chcieli wiedzieć, skąd się o tej medytacji dowiedziałam. Na moje wyjaśnienia, że przecież Internet to miejsce wskazuje na różnych listach miejsc, gdzie można w Tokio medytować po angielsku bardzo się zdziwili! Był u nich kiedyś mnich z Hiszpanii, to prawda, ale słowa po angielsku nie mówił, więc nie wiedzą, skąd taka sława. I tyle, jeśli chodzi o wierzenie internetom! (Dzisiaj sprawdzam sobie ich stronę i tam też, że świątynia słynie z przychylności cudzoziemcom, ale inna rzecz, że strona świątyni jest tylko po japońsku.) Kapłan pyta też, jak mi się udało znaleźć świątynię, skoro jest zburzona i budują nową – odpowiadam, że chodziłam w kółko do skutku.

Odwiózł mnie potem do domu jeden z medytujących, to znaczy: prawie odwiózł, bo wysiadał po prostu stację wcześniej i w jedno metro wsiedliśmy, ale przez całą drogę był jak gospodarz, jakbym tym metrem już wiele razy nie wracała do domu. Był z nami jeszcze jeden uczestnik imprezy, ale w Ikebukuro jechał w przeciwnym kierunku, za to zachwycił się tym, gdzie M. pracuje, bo to wielki prestiż i wielka sława w Japonii, ten instytut, tak mnie pouczył, a potem odjechał. Drugi z towarzyszy podróży po drodze dopytywał, czy przyjdę za tydzień i życzył mi spokojnej podróży, a wszystko to przez translator w telefonie – on do telefonu mówi powoli, a ja potem słucham, co telefon powie – bo sam ani słowa po angielsku. A tu, gdzie my mieszkamy, tu on jeździ wiosną oglądać kwitnącą wiśnię, muszę jeszcze raz przyjechać wiosną! A najlepiej wiosną za trzy lata, jak skończą budować świątynię i medytacje będą nie w salce na dziewiątym piętrze bloku, ale w zen-ogrodzie, tak jak powinny.