Kawiarnia Białego Niedźwiedzia (Polar Bear’s Cafe)

Tokio i Londyn mają ze sobą tyle wspólnego na pewno, że jest w nich tyle interesujących miejsc, że nie ma świata, w którym uda mi się je wszystkie odwiedzić.

(Jeszcze w tym roku zdarzało mi się myśleć o wiośnie 2012 roku jak o czasie zmarnowanym, przespanych tygodniach, chowaniu się po kątach w miejsce czerpania z wielkiego miasta garściami – a to bzdurne, przecież to miasto i tak tak bardzo mnie zmieniło, czego tu żałować?)

Wczoraj wracając z jednego z tych dużych miejsc – świątyni Sensō-ji – wsiadłam do metra i pojechałam w przeciwnym kierunku niż powinnam, bo chciałam znaleźć kawiarnię na motywie anime, w którym zakochałam się przed samym wyjazdem.

(I teraz wpadłam znów w ciąg i obejrzałam pięć odcinków, jeden po drugim, pyk, pyk, pyk. Czy Pingiwn i Panna Penko będą razem? Czy Panda-kun zrozumie, że Grizzly-san nie lubi spędzać wolnego czasu z dzieciakami? Czy Shirokumie skończą się pomysły na językowe suchary?)

Wielki Panda siedzi
Panda-kun i miska bambusa!

Lubię teraz to anime jeszcze bardziej, bo jest miniaturową panoramą Japonii. Są tam bułki z pastą fasolową, izakaya na grupowej randce w ciemno, edamame jako przekąska do piwa, Pingwin kocha karaoke i ma bardzo słabą głowę, wieczór w batting center przy piłkach bejsbolowych wybijanych w siatkę, tłok w metrze w godzinach szczytu, zawinięte w furoshiki drugie śniadanie, czyli bento, a sam Panda-kun na początku przypomina hikikomori. A nie obejrzałam jeszcze nawet jednej trzeciej, kto wie, co jeszcze się kryje?

Taki łagodny eskapizm do świata, który nie jest nasz, a może mógłby być. Powolne życie, gdzie największe emocje budzi zagadka, czy na obiad będzie bambus, czy nie.

Panda-kun na zakupach

Kawiarnie z motywem przewodnim mają różne opinie, zwykle skrajne, motywowane pewnie przesadnie wysokimi albo cynicznie niskimi oczekiwaniami. Przepis jest prosty: przy wejściu niewielki sklep z pamiątkami, obowiązkowo kilka wycinanek z kartonu, przy których można zrobić zdjęcie, gdzieś telewizor, na którym leci anime, zamiast radia – soundtrack, do tego menu inspirowane tematem i odpowiednio ozdobione. Voilà!

Trochę mi szkoda, że właściciele nie poszli na całość i nie ma u nich na przykład papierowych wycinanek głównych bohaterów, znanych z zakończenia odcinka albo takich naczyń, jak w animowanej kawiarni, dań z jej karty, wystroju jak w anime (no dobrze, może w przypadku wystroju chociaż widać wysiłek). Ale nie zrozumcie mnie źle – i tak miałam mnóstwo frajdy, zwłaszcza na widok realnych rozmiarów Pandy i Pingwina przy kontuarze. Niezła kawa słusznych rozmiarów. Przedziwny deser z Pandą (przepis: nasyp do pucharka do lodów płatków kukurydzianych, przykryj lodami śmietankowymi, dołóż polewę o smaku matchi, dwa mochi, kawałek zielonej roladki z kremem o smaku zielonej herbaty, łyżeczkę pasty z fasoli adzuki i kruche ciasteczko w kształcie Pandy. Smacznego!). W prezencie wylosowana podkładka pod kubek.

To zamówiłam

Może jeszcze pójdę sobie do kawiarni muminkowej? Tam można wypić kawę w towarzystwie pluszowej Mamy Muminka, na przykład.

Awkward selfie
Panda? Kawaii!
  • Piotr Piotr

    Swoje trzy miesiące w Londynie też przespałem. Jechałem do biblioteki i udawałem, że pracuję, albo chorowałem w domu. I nie wiem czy żałuję czy nie. Pewnie zapytany odpowiedziałbym, że nie.
    Kawiarnię z Pandą trzeba pokazać o. Adamowi Szustakowi.