Dlaczego śpimy w manga cafe po raz drugi

Pewnie niczego jeszcze w życiu nie widziałam, niczego nie doświadczyłam, pewnie jeszcze przede mną potworności i okropieństwa ludzkich doświadczeń, cielesności tego świata.

Nie spałam jeszcze po ruderach (tylko trochę), jestem wrażliwa jak piesek francuski, piszczę jak dziewczynka w warkoczykach, budząc pół piętra, prawie łamię sobie palec o własną walizkę.

Ręce mi się trzęsą, kiedy kręcę film dokumentujący (oddaję kamerę) i mam ochotę natychmiast wsiąść do powrotnego shinkansena, przeciąć wzdłuż całe Honshu, nie zatrzymywać się już w żadnej świątyni i nad żadnym przepięknym brzegiem morza, schować się za moskitierą w sterylnym domu dla obcokrajowców i nie myśleć już o tym wszystkim więcej aż do powrotu do prawdziwego domu, gdzie w najgorszym razie znajdzie się może jakiś mól zbożowy, tyci-tyci w porównaniu.

A niech ten pięciocentymetrowy karaluch z równie długimi wąsami z tym drugim karaluchem sobie zostaną w mieszkaniu w Fukuoce i niech sobie żyją pod tym materacem, na którym dzisiaj spałam; na pewno zasną lepszym snem niż ja dziś i jutro, i póki nie odjadę w siną dal.

Kill it with fire
(Okładka jest z Unsplasha, nie mogę patrzeć na zdjęcie z miejsca zdarzenia, które mam w komórce. Szukanie źródła szelestów to był istny horror, 100% bycia osom dla M. Za to koników polnych też trochę boję się do dziś, odkąd w dzieciństwie mało jednego nie zjadłam przez sen dreszcz, błyskawica.)