Sushi na śniadanie, obiad i kolację

Pierwszego wieczora sushi jeść nie mogłam, bo nic nie mogłam jeść, więc go nie było. Drugiego wieczora nie wiedziałam, czy dobrze będzie sushi zjeść, czy wręcz przeciwnie, czy się aby nie skończy sprawa jak z ramenem, więc – zdobyte z pewną obniżką – położyliśmy przezornie na półce w lodówce, aby czekało lepszego momentu. Moment nadszedł o śniadaniu dnia trzeciego, więc zjedliśmy (ja mniej), wszystko dobrze się skończyło, ale dalej nie miałam pewności, czy jeść sushi mogę, czy to tak wypada, więc dmuchając na zimne jadłam bułki z masłem, o.

Tablica do zamawiania sushi

Ale w Tsukubie już nie można było sushi nie zjeść, co to to nie, plan przewidywał i planu należało się trzymać, choćby metro miało bez nas odjechać z Ibaraki, wzięliśmy numerek, usiedliśmy grzecznie i czekaliśmy na stolik. Nie minęło dziesięć minut i siedzieliśmy przy wesołym, nierobiącym przystanków pasie we wzorki, wokół muzyczka, śpiew i śmiechy, ktoś wciąga udon, mocno siorbiąc z miski, a mi się tylko oczka świecą, wszystkie talerzyki wyglądają pięknie, wszystkie się do mnie śmieją, zjedz mnie, zjedz mnie, ja tylko kosztuję czy pińdziesiąt, w portfelu prawie nie poczujesz, jedz i bądź szczęśliwa (byłam).

Talerzyk sushi

Miseczka z groszkiem

Na deser ananas
A ten kranik na dole służy do robienia sobie zielonej herbaty

Dopiero co się bałam innego sushi niż maki, jeszcze to pamiętam, a tu dawaj, takie białe jedno (ośmiornica, 烏賊, ika) i drugie takie różowe, to wygląda jak ser! (a był to przypieczony majonez na łososiu), a tamto ma śmieszny kolor, nie wiem, co to takiego, daj też (to był małż, 赤貝, akagai), takiego w Polsce nie macie, a jak leci sushi z ośmiorniczki, to jeszcze się za nim macki ciągną, olaboga, tego nie ruszam (jeszcze).

I można sobie bez kontaktu z drugim człowiekiem, kulturalnie, zamówić na przykład takie coś smażone w tempurze i jak przyleci tym pasem pełnym dobroci, to jeszcze grzeje w usta i w podniebienie i trzeba szybko przełykać, póki dobre (tak, tak, tu jedzą sushi też na ciepło i jedzą też takie z mięsa, więc nie gadajcie już tam, że jak ciepłe sushi, to dla mięczaków i wcale nie jest prawdziwe, jest prawdziwe i jest pyszne, że hej).

Smażone sushi
To była ośmiornica w tempurze, delicje
Sos sojowy
Regionalne opcje, na co tam człowiek nie ma smaka

Jak w Disneylandzie, tak sobie niekończącą się radość Disneylandu wyobrażam, niespodzianka leci za niespodzianką, nawet jak się już człowiek przekona, jaki jest na tym pasie dobroci wybór (a jest on jednak skończony).

Tymczasem rzeczywistość jest trochę bardziej szara i ponura, jeśli się chce zjeść sushi na śniadanie, podwieczorek i kolację też, ale w cykadowym zaciszu własnego salonu. Trzeba się wybrać na polowanie, a żeby miało ono sens – trzeba wiedzieć, gdzie i o której godzinie. Ja jeszcze nie wiem gdzie, więc się trzymam wskazówek, a godziny są trochę przypadkowe i raz się uda, a raz mniej. (Tu można sobie poczytać o strategiach.)

Na przecenę na pół jest specjalny znak – 半額 (hangaku) – ale zanim się trafi, można sypnąć jenem i wziąć i takie o 30%–40% obniżone, takie wiecie, co przed obniżką kosztowało 6,80 zł za trzy nigiri, a po kosztuje 4 zł (chociaż cierpliwy szczęściarz mógłby tu doczekać i ceny 3,40, jeśliby kto przed nim tego pudełeczka z unagi nigiri nie uchwycił do koszyka, a chwytali!). Gdzie idzie pan lub pani z nalepkami z przeceną można poznać po małym tłumku wiernych fanów, niby nonszalancko ich śledzącym. Tup, tup, tup, lada za ladą. Dzisiaj przełożyli mi obcięte z ceny sushi do innej lady niż uprzednio, ale nie dałam się oszukać i znalazłam i tak, ha, była uczta na sto dwa.

„kochanie, zrobiłam kolację” #japan #dinner

A post shared by Aldona Pikul (@kirasayshi) on