Osiem lekcji ze stawania się blondynką

Moją pierwszą szamponetkę kupiła mi mama. Miałam jakieś trzynaście lat i bardzo, bardzo, baaardzo chciałam wyglądać jak Jean Grey.

Jean Grey – X-Men Evolution

Mój naturalny kolor to średni brąz, a włosy mam grube, gęste i ciężkie; w wieku trzynastu lat też długie do łopatek. Spędziłam więc cały lipiec z czerwonawą poświatą, która choć nie umywała się do tego, co miałam na myśli, to w moich oczach udowadniała, że nie jestem aż taką szarą myszką.

Od tamtej pory miałam już na głowie wszystko.

Punkt wyjścia

12113528_10206921494889746_1124882799442134223_o

Na tym zdjęciu mam na głowie trzy kolory, mój własny, ciemny brąz i pokaźny kawał pofarbowany na kruczą czerń, i to dwukrotnie! Nie wiem, czemu myślałam, że to dobry pomysł, ale jak spadać, to z wysokiego konia, więc postanowiłam przerobić się na blond. Sama. W łazience. Ucz się na moich doświadczeniach:

Proces

Do takich ekscesów potrzeba wiadra chemikaliów i wcale nie wychodzi taniej niż fryzjer. Wśród fryzjerów też są partacze – spora część internetu cierpi na tę fobię – ale spójrz prawdzie w oczy, szanse na to, że coś sobie spalisz we własnym domu są jednak trochę większe. Przejście z czerni do jasnego popielatego blondu wymagało dekolororyzatora, pierwszego rozjaśniacza, pierwszej farby, drugiego rozjaśniacza, drugiej farby, trzeciej farby, czwartej farby, a i tak ciągle widziałam rude refleksy (podobno tylko ja). Żadna fryzjerka nie wierzy mi, że zrobiłam to sobie sama i nie przybiegłam z płaczem, żeby ścinać poklejone końcówki. Myślę, że moje włosy są jak x-men.

(Używałam: dekoloryzatora Cameleo Delia, rozjaśniacza Syoss 12-0, farby L’Oréal Récital Préférence 7-1, rozjaśniacza Cameleo Delia, farby Syoss 9-5, farby L’Oréal 9-1, farby L’Oréal 7-1.)

Chemikalia śmierdzą, niszczą włosy, pieką w oczy i w skórę – to nie mit. To brutalna chemia, która chce wyssać z twoich włosów wszystko, co kolorowe, a potem wstrzyknąć własne wyobrażenie na temat gołębiego blondu czy ognistej czerwieni. Mieszanie tylko w rękawiczkach, w szklanej miseczce, szklaną szpatułką, bez pochylania się nad pojemnikiem (oczy masz tylko jedne i bez nich nie nałożysz farby równo), wentylować pomieszczenie – przypomnij sobie wszystkie porady z chemii z gimnazjum i stosuj je, pamiętaj chemiku młody i tak dalej.

Skóra głowy będzie swędzieć, a włosy będą się plątać. Zawczasu kup cysternę odżywki. Żadne wcześniejsze kolorowanie kosmyków nie wymogło na mnie używania odżywki, teraz nie da się bez niej niczego rozczesać nawet magiczną szczotką do kołtunów. Poszukaj sobie takiej z pantenolem, bo jak cię złapie tak jak mnie, to będziesz mieć ochotę wydrapać sobie te włosy już z pół godziny po wysuszeniu. Kup sobie od razu niebieski szampon, bo możesz złapać paranoję żółknięcia blondu, a to trochę pomaga. Przynajmniej na psychikę.

Obcinaj się po, a nie przed. Słuchaj, co ja zrobiłam: obcięłam się przed farbowaniem, potem zrobiłam sobie masakrę rozjaśniającą, a potem musiałam pójść się obciąć jeszcze raz, bo moje włosy całkiem zmieniły typ i z grubych i ciężkich przeszły w cieńsze i słabowite. Pierwsze cięcie w ogóle nie chciało się układać. Kto by się spodziewał! (Odpowiedź: każdy fryzjer.)

Dobieranie odcienia jest trudne: patrz na karnację, oprawę oczu i skłonność do rumieńca. Nie chciałam słuchać fryzjerki. A gdybym posłuchała, może zrobiłabym ze trzy kroki mniej w tym szaleństwie. Marzyły mi się siwizny, białawe odcienie – doszłam do platynki i odkryłam przy niej takie odcienie różowości moich policzków, o jakich mi się nie śniło. Leciałam do drogerii po średnio-ciemny blond, aż się kurzyło. Dalej, kontrast między jasnymi włosami i ciemnymi brwiami nie zawsze wygląda dobrze. Granica między hipsterstwem i sztuczną blondyną z dowcipów jest cieńsza niż  się wydaje.

Zawsze przechodzi się przez rudości. Się ubawiłam, czytając recenzje rozjaśniaczy, które ponoć nie działają, bo po pięciu minutach na głowie jest marchewka! A co ma być, skoro chemia na głowie ma siedzieć blisko godzinę, a ty zmywasz po pięciu minutach, sama jesteś sobie winna, droga recenzentko, trzeba było nie patrzeć w lustro przed czasem, bo wtedy płacz i zgrzytanie zębów, a po co? Zresztą, na koniec i tak trzeba położyć farbę. Bez tego wszyscy adepci wyglądaliby jak kurczaki.

Ale co innego, jeśli zmywasz chemię, bo źle się poczułaś. Wtedy trzeba zmyć. To ostre specyfiki, nie ma co ryzykować, z uczuleniem i zatruciem nie ma żartów.

Miej plan B. Czasem naprawdę może wyjść zieleń. Czasem naprawdę można sobie popalić czuprynę. Ja tam mam zawsze w łazience sprawdzoną ciemną farbę. I trenuję się w zen na wypadek konieczności ścięcia.

Efekt końcowy
Z tego już byłam całkiem zadowolona!

Epilog

Chodziłam ulicami w blondach pół roku. I starczy. Wymyśliłam sobie, że na Japonię zrobię sobie ostatnie szaleństwo, a potem już tylko mój normalny kolor (zapomniałam, jaki on jest, dawno go nie widziałam). Poszłam więc do świetnej koloryzatorki i powiedziałam: zrób mi coś szalonego na głowie. A ona zrobiła mnie na  Jean Grey.

Ja na rudo