Osiadanie

Trochę was oszukałam: jetlag przyszedł, trzeba było tylko dać mu chwilę. Wczorajszy dzień poświęciłam Morfeuszowi, chociaż miałam też reminescencję z Erasmusa, bo bladym świtem (9:40) obudził nas test alarmu pożarowego. Tu test trwa trzy godziny, co chwila rozlegają się dzwonki w różnych pokojach i w różnych mieszkaniach, a potem wchodzi administrator budynku z ekipą zamaskowanych panów w kombinezonach, grzecznie ściągają buty w przedpokoju i z poważnymi minami sprawdzają każdy jeden czujnik w mieszkaniu, przykładając do nich długie kije z zamontowaną na koncu puszką. Wyglądali przy tym trochę jak pracownicy Dharmy.

Przynajmniej rozpakowałam walizki.

Na szczęście już pierwszego dnia zaliczyliśmy wizytę w Tokio – M. miał spotkanie na uniwersytecie – więc mogę teraz spokojnie aklimatyzować się w Wako, bez poczucia, że coś mi umyka, bo nie byłam jeszcze w mieście.

International House
Tak się nazywa nasz budynek.

Nie mieszkamy w samym Tokio, bo instytut, gdzie pracuje M. mieści się w Wako, czyli tuż za miejską granicą, ale już w następnej prefekturze. Na stronie z informacjami o trzęsieniach ziemi, na przykład, należy szukać prefektury Saitama, miasta Wako (Wakō-shi Hirosawa: 和光市 広沢).

Tablica ogłoszeń
Znalazłam dzisiaj miejską tablicę ogłoszeń!

Aklimatyzacja w moim przypadku polega na opanowaniu dwóch dolegliwości (na razie idzie mi tak sobie). Pierwsza to skutek uboczny choroby lokomocyjnej, na którą cierpię od dziecka. Otóż okazuje się, jak wyjaśnił mi internet, że nieustanne bujanie, które towarzyszy mi od postawienia stopy na japońskiej ziemi, jest efektem tej samej nadwrażliwości błędnika, która powoduje mdłości podczas podróży samochodem. Dlatego mogę dość długo jeszcze mieć wrażenie, że buja mi się świat pod stopami, choć tak naprawdę nie ma ku temu większych powodów, bo to wcale nie znaczy, że ciągle jest trzęsienie ziemi. Ot, wystarczyło to pierwsze, a nawet sam długi lot samolotem.

Druga to wina mojego nadwrażliwego na stres żołądka. Podczas podróży prawie nie jadłam – nie było ku temu zbyt wielu okazji, a jedzenie w samolocie nie było zbyt smaczne – i w efekcie myślałam, że zaraz po przyjeździe tu najem się sushi, ramenu i innych smakołyków. Tymczasem zmęczenie, bujanie, niewyspanie i wszystkie te inne niedogodności przyczyniły się do zupełnego braku apetytu i w zasadzie nieustannie skurczonego żołądka. M. chciał mnie zabrać na powitalne sushi – nie przełknęłabym ani kawałka, następnego dnia poszliśmy na ramen – sam zapach jedzenia sprawił, że tylko ciężko westchnęłam i spróbowałam tylko kilka łyżek od M. Kiedy w końcu zjadłam onigiri, poczułam radość, a potem ciężkość w żołądku utrzymującą się do wieczora. Wszystko smakuje, jakby było słodkie, nieważne, jest czy nie: ryż i glony, sushi i pizza, tosty i wędzona wieprzowina. Jem jak wróbelek. Przestałam pić zieloną herbatę, bo ona ma taki skutek uboczny, że drażni i wywołuje sensacje. Piję kropelki na nerwowy żołądek, które przepisała mi pani doktor i przy każdej mijanej kapliczce zanoszę modły do japońskich bóstw, aby pozwoliły mi doznawać wspaniałości japońskiego jedzenia. Notka na przyszłość: warto przywieźć sobie miętę albo rumianek do parzenia (nie mam pojęcia, czy można to tu kupić)

Polecam uwadze te zagadnienia, obok jetlaga, jeśli wybierzecie się moim śladem i jeśli może was to dotyczyć. Pocieszające jest to, że M. w ogóle nie doznał żadnych takich przypadłości, więc pewnie normalnych ludzi to omija.

Zostawiając na boku dolegliwości przypominające mi o cielesności i doczesności naszego istnienia, pokażę wam, jak wygląda okolica – bo udało mi się dziś wreszcie wyjść na mały spacer.

Widok z kładki

Domy (nie szklane)

Centrum Wako

Internetowe źródła zgodnym chórem donoszą, że najlepszym przyjacielem podróżnika po Japonii jest Google Maps. Pokazuje połączenia komunikacji miejskiej, nazwy miejsc również w transkrypcji angielskiej i polskiej (prawdę mówiąc większy kłopot mam czasem z odnalezieniem zapisu nazwy w kanji albo kanie), trasy piesze i nawet maleńkie ścieżki, którymi można sobie skrócić drogę. Ale jest też minus – map Japonii nie można zapisać offline.

Płyta chodnikowa z lisem
Liski, pieski, biedronki, kwiatki, znaki zodiaku… ktoś tu bardzo dba o piękne chodniki.
Znak „Nie baw się sam”
Z grubsza: nie baw się samotnie i uważaj na ludzi, których nie znasz!

Znak w razie ewakuacji

Ku mojemu zaskoczeniu, pogoda nie jest tak uciążliwa, jak się spodziewałam po opisach pory deszczowej. Trochę pada – wczoraj wybraliśmy się do sklepu po japońską przezroczystą parasolkę dla mnie – jest dość ciepło, ale na przykład długie spodnie dziś były lepszym wyborem niż szorty; jest wilgotno, ale póki co poznaję to tylko po mokrej twarzy (są do tego specjalne podręczne ręczniczki, dostałam w przezencie!) i kręcących się troszkę włosach. Spacery są bardzo przyjemne, ale światło nie ułatwia fotografowania.

Bambusowy lasek

Zielone miasto

Dziewczynka na hulajnodze

Jest tu tak zielono! Każdy ma ogród, no przynajmniej mały ogródek, na rogach ulic stoją donice z roślinami, w szparach między budynkami, przy balkonach i słupach elektrycznych pną się pnącza, co chwila park, drzewo, ogródek, rododendron. Każda uliczka wygląda jak pocztówka, aż trochę się boję wyjazdów do tych bardziej pocztówkowo-turystycznych miejsc, bo trochę nie mieści mi się w głowie, że prawdziwe miejsca mogą tak wyglądać. Rośliny, które u nas nie mogą stać w przeciągu, bo umierają, tu rosną jako ozdobne trawniki.

Rzeka na osiedlu
Przez środek osiedla (takiego blokowiska, powiedzmy, kawałeczek Osiedla Podwawelskiego) płynęła rzeczka, w której dzieciaki moczyły nogi. Kawałek dalej, na osiedlowym placu-ryneczku szykowała się jakaś zabawa. Rozkładano stoliki, stoiska, wieszano girlandy…

Świątynia Shinto

Świątynia Shinto

Świątynia Shinto

Teoretycznie jako gaijince Japończycy wybaczą mi wiele potknięć i gaf, ale jednak nie zmniejsza to wcale mojego poczucia obowiązku zachowania szacunku dla miejscowych zwyczajów. Zaczyna się od karcącego spojrzenia starszego pana jadącego na rowerze, kiedy idę złą stroną chodnika (to nie jest proste! skąd oni wiedzą, kiedy idzie się lewą stroną, a kiedy prawą, chyba z mlekiem matki wypili tę tajemną wiedzę), potem czekam dłuższą chwilę na jakiegoś lokalsa, żeby sprawdzić, czy przejście przez rząd domów chodniczkiem obok świątyni nie jest naruszeniem jakiegoś tabu (nie jest), mówię ohayō, a odpowiadają mi konnichiwa, bo znowu zaspałam, nie wiedziałam, że ten zielony pas farby oznacza chodnik i zdenerwowałam chyba jakiegoś kierowcę moją niewiedzą. Przygoda!

Busuness cat!
Serious business cat

Komputer sam przełączył mi się na japońskie polecenia w programach Adobe, ale strefę czasową musiałam już przestawić ręcznie. Reklamy w Spotify po japońsku: check. Ale podobno po jakimś czasie darmowe Spotify umrze przez wzgląd na zmianę strefy. Ciągle nie objawił mi się widok góry Fuji! Trudno, nie przyszła góra do mnie, pójdę ja do góry.

  • Alex

    Ubawiłam się bardzo, czytając ten wpis (i wszystkie inne też). Opis procedury testowania alarmu jest doskonały.