FOMA daleko od domu

Zamknęłam się w pokoju i włączyłam klimatyzację. 26 stopni. Wilgotność powietrza sięga 90% i choć temperatura nie jest jeszcze bardzo wysoka, to czuję w skroniach, że nie ma racji AccuWeather, twierdząc, że to pogoda przyjazna migrenowcom. A może po prostu spałam zbyt długo.

Ogon

Znacie syndrom FOMAFear of missing out. Pewnie znacie, w końcu wszyscy mają teraz komórki, fejsbuki, inne kanały komunikacji, żyjące i oddychające tym, że zbudowały w nas potrzebę ciągłego sprawdzania, co się teraz wszędzie dzieje. Odśwież, odśwież, atak paniki, kiedy Internetu nie ma dłużej niż kwadrans.

To ja chwilami czuję to wszystko na myśl o Tokio tuż za rogiem.

Każdy poranek, kiedy śpię do jedenastej (już przestałam zwalać na jetlag).

Każde popołudnie, kiedy wychodzę z domu o 13 i dopiero zmierzam w stronę miasta.

Każdy dzień, kiedy mam ochotę zostać w domu, bo trzy dni pod rząd zrobiłam 15 kilometrów spacerem, chodząc po kolejnych dzielnicach, wspinając się na kolejne tokijskie wzgórza.

Każdy wyjazd, który kończy się wcześniej, bo pada, a ja nie wzięłam parasola i znudziło mi się już chodzenie po podziemnym mieście handlowców (to, jak głęboko w ziemię wrośnięte są centra handlowe przerazi każdego, kto – jak ja czasem – ma wizje ścierających się tu płyt tektonicznych).

Wszystko to wzbudza pod skórą obawę, że czegoś nie zobaczę, czegoś nie doświadczę.

Sosny i wieżowce

Tak, przyjechałaś na trochę, ale w gruncie rzeczy dwa miesiące to niewiele czasu, żeby Tokio naprawdę zobaczyć.

Pół roku temu nie umiałam wymienić ani jednego znanego miejsca w tym mieście. Myślę, że nie przyszłaby mi do głowy ani Shibuya ze swoim filmowym przejściem dla pieszych, ani porośnięte lasem wzgórze Meiji Jingu, ani elektryczne miasto Akihabara, ani pagoda Sensō-ji, ani rybny targ Tsukiji. Zabytki? Nie, Japonia kojarzyła mi się z jedzeniem ryb na ryżu i ramenu (i na tym też kończyła się wiedza o regionalnych kulinariach), karaoke i neonowym miastem.

Widz matsuri

(Przez miesiące zakuwałam kanji – o czym pisałam nie raz – i dokształcałam się na jutubie i w lekturach, właściwie byłam blisko zapisania się na japonistyczne studia, w końcu kulturoznawstwo nie jest dziś modne, więc nie byłoby trudno się dostać.)

I teraz, kiedy dowiedziałam się trochę więcej, co rano na pytanie – czasem zadane, czasem nie – to co dzisiaj planujesz? oblewa mnie zimny pot. Nie wiem. Muszę?

Widok na Shibuyę

Przez pierwszych kilka dni jechałam tam, gdzie powiozło mnie metro – kiedy już nauczyłam się, jak metro działa. Myślę: mówią, że w Shinjuku i Shibuyi jest dużo pokemonów, pojadę je połapać. Okolice odkrywałam przypadkiem, idąc śladem wabików. Doszłam do parku Yoyogi i zorientowałam się, że to tu jest ta wielka świątynia, którą pewnie warto by było zobaczyć. Po pół godziny chodzenia po parku uświadomiłam sobie, że nie da się przejść z Yoyogi do lasu Meiji Jingu, bo choć na mapce wydają się jednym polem zieleni, to wejścia są osobne, a dzikich granic strzegą kruki i zasieki. W chwili oświecenia wejście było już zamknięte od dziesięciu minut. (Przyszłam tam później, innego dnia, gdy udało mi się dostatecznie wcześnie wstać.)

W parku Yoyogi

Tablica edukacyjna

Zamknięta brama

Brama na drodze do świątyni

Sake na poświęcenie

Na moście w Meiji Jingu

Ale ile można jeździć metrem do tej samej stacji? Przyjęłam metodę otwierania przewodnika na chybił trafił. Tak w upalny dzień dojechałam do Ebisu i przespacerowałam się do budynku pierwszego w Japonii browaru, który wygląda zupełnie jak Stary Browar skrzyżowany z Browarem Lubicz (może browary całego świata są po prostu do siebie podobne). Wchodząc trzeba uważać, by nie nadepnąć na bóstwo rybaków i browarników, a potem można spróbować japońskiego piwa, warzonego według najlepszych tradycji szesnastowiecznego niemieckiego prawa browarniczego (sic).

Piwo warte wiele misek soby

Piwo w mandze

W ramach tej samej wycieczki chciałam jeszcze zobaczyć Meguro i las w środku miasta, ale była już 17, więc zamykali. W Japonii wiele miejsc zamyka się o 17, nie jest więc łatwo utrzymywać tryb życia z wstawaniem w południe. Na siłę próbowałam obejrzeć świątynię, gdzie pochowano 47 roninów, ale przegonił mnie mnich, razem z Japończykami, którzy też ignorowali niewielki znak o zamknięciu terenu dla turystów.

Dachy świątyni

Zajrzałam do świątyni

Drugiego słonecznego dnia pomyślałam, że chciałabym zobaczyć Fuji, znalazłam więc na końcu miasta bardzo wysoki budynek regionalnej administracjia (Bunkyo Civic Centre), gdzie można wjechać na przedostatnie piętro i podziwiać widok na niemal całe Tokio. Wszędzie horyzont był czysty i jasny – poza kierunkiem Fuji, tam kłębiła się chmura. Widać to jeszcze nie czas.

Sky Tower

Nie pamiętam już, gdzie chciałam dojechać metrem, ale kiedy przejeżdżałam przez stację przy Pałacu Cesarskim, po prostu wysiadłam. Oszołomiły mnie wieżowce dzielnicy rządowej, chociaż nie tak neonowe jak ulice Shinjuku, to jednak kłębiące się wysoko nad głową, dające dziwny cień w ten bardzo słoneczny piątek. Pałac Cesarski był zamknięty dla odwiedzających. Okrążyłam jego mury.

Łabądź przy pałacu

Pałac cesarski

(W tygodniu jeździłam po mieście sama, bo M. pracował – w końcu po to tu jest – ale teraz zaczyna urlop, więc będziemy podróżować w tandemie.)

Ale apogeum gonienia atrakcji urządziliśmy sobie wczoraj, choć byłam o włos od przespania całego dnia. To jedna z tych okazji, kiedy nie mam siły otwierać dziennika podróży i notować kolejnych miejsc i wrażeń.

Trupa oczekuje na sygnał

W Shinjuku było Eisa Matsuri, czyli tańce i bębny rodem z Okinawy. Zatrzymaliśmy się na dłużej przy hipnotyzującym rytmie. Potem azymut – Shinjukugyoen National Garden, nazywany w sieci Lasem Pikachu. Graczy było w nim więcej niż krzaków i drzew, kolejka do automatów po bilety na dziesięć minut czekania, a i tak nie znaleźliśmy żadnego Pikachu, za to trafił się Porygon i kilka innych rzadszych okazów. Spacer do Yoyogi, bo tam z kolei Festiwal Tajwanu i taki obiad sobie zaplanowaliśmy (dobre pierożki). Z Yoyogi sprint na stację Shibuya, bo już 19, a w Asakusie najlepsze fajerwerki na Festiwalu Fajerwerków nad Sumidą, więc o 19:30 jesteśmy pod Tokyo Sky Tree i pędzimy w stronę rzeki. Kwadrans oglądania w świetle fajerwerków par w yukatach i wracamy, bo nie chcemy zginąć w toczącym się do metra po zakończeniu zabawy o 20:30 tłumie.

Tańce z bębnami

Dziecko blisko centrum akcji

Demon szykuje się do występu

Demon tańczy z wachlarzem

Gram w Pokemony

Pan robi zdjęcie pani

Fajerwerki nad Sumidą

Fajerwerki nad Sumidą

Fajerwerki nad Sumidą

Dziś już nie mogłam iść dalej. Więc siedzę i walczę z FOMA, i myślę: dziewczyno, spokój, zrób jogę, odkurz i pozmywaj, a potem odpoczywaj, bo jutro Hokkaido i dopiero się nachodzisz tam i z powrotem.

  • Tak dobrze wiem, o czym mówisz, i to jest straszne.

    Czasem tak sobie to sama tłumaczę: żeby naprawdę nacieszyć się jakimś miejscem, muszę być w pełni sił. Wyjazd jest po to, żeby przeżyć coś pozytywnego, a jak człowiek jest ciągle zmęczony, to nie może być pozytywny. I też zawsze staram się pilnować, żeby na pewno robić wszystko dla siebie, a nie dla kogoś innego (też nie dla tej osoby, którą chciałabym być, tylko dla tej, którą jestem – jeśli to ma sens).

    Niektóre z moich najlepszych wspomnień wcale nie dotyczą tego, jak robię czy oglądam coś niesamowitego. Na przykład lubię wracać myślą do tego, kiedy siedziałam na parapecie w domu znajomych, u których nocowałam w Oslo, czytając książkę i pijąc jedną z wielu herbat w ich kolekcji. Nic epickiego, po prostu świadomość bycia w jakimś miejscu.