Dziennik paryski

Paryż śmierdział szczochami.

Nie wiem, czy to była wina opóźnionego lotu, piątku, mistrzostw, czy dziurawej pamięci, ale nic nie poradzę na to, że moim pierwszym paryskim wspomnieniem w tym roku będzie niemożebny smród i podejrzanie mokre chodniki Montmartre.

Samolot spóźnił się dokładnie tyle, żebym przegapiła o jakieś pół godziny ostatnią kolejkę do miasta. Krążyłam dłuższą chwilę po hali przylotów, szukając nocnych autobusów, zagubionych w czasie pociągów, obracając w głowie przypadkowe francuskie frazy i opędzając się od nachalnych taksówkarzy. Informacja wysłała mnie do zamkniętej bramki, nie słyszała o czymś takim, jak paryski nocny, bankomat po Brexicie zdarł ze mnie za euro jak za złocone zboże, czysty przypadek sprawił, że trafiłam w pociągu między terminalami na Argentyńczyków, którzy przydybali wracającego do domu pana z obsługi – z ciężkim westchnieniem zdecydował się poprowadzić wszystkich po kolei do punktów, z których będą mogli podróżować dalej. Żałowałam tylko, że chwilę wcześniej nie przekonałam zagubionej pary z Delhi, która nie wiedziała, do jakiej dzielnicy chce się dostać, żeby wsiedli ze mną do kolejki – postanowili szukać szczęścia w informacji – szczęśliwie później spotkaliśmy się w autobusie, moje sumienie mogło spać spokojnie.

Kierowca Noctilien 143 prowadził niczym Ernest z Błędnego Rycerza, co stanowiło dziwnie odpowiednie tło dla gorączkowej dyskusji o wynikach referendum w Wielkiej Brytanii, która wywiązała się między mną i poznanymi na na wpół wymarłym lotnisku pół Niemką, pół Rosjanką pracującą w firmie finansowo-budowlanej w City (opisywała przeraźliwą ciszę, jaka przez cały dzień panowała i w biurze, i w całej dzielnicy) i Włochem po doktoracie z fizyki w Cambridge, pracującym na co dzień na postdoku w Hanowerze. Wysiedliśmy przystanek wcześniej, mam za słaby żołądek na paryskich kierowców.

Schody w hostelu

Dotarłam do hostelu dwie godziny później niż zamierzałam, ale recepcja nie miała mi za złe. Dostałam kod do wifi, które podstępnie zaczekowało mnie na fejsie i uspokoiłam mamę, że nie utonęłam w wartkim strumieniu moczu, płynącym ulicą. Podejrzliwość co do natury wszelkich strumieni ulicznych w Paryżu pozostanie mi chyba już zawsze.

Tuż po lądowaniu mój francuski brzmiał mniej więcej tak:

Wystarczyła jednak jedna krótka noc pod cienkim kocem na diabelnie skrzypiącym piętrowym łóżku, bym kupowała świeżutkie, pachnące croissanty, czując się o tak:

Sacre Coeur jest piękne, jaśnieje nad lekko plugawą okolicą jak biały klejnot. Patrzę teraz na rycinę na ścianie, którą dostałam od M. po poprzednim wyjeździe i myślę, że to jednak powinno być wykonane białym tuszem na czarnym kartonie, żeby oddać kontrast jak należy. Na schodkach wyprzedziłam Japończyków konkurujących monopodami na długość patyka.

Widok na Sacre Coeur z uliczki

Grafitti ze słowami piosenki
« T’es partit [sic], mais t’es partout »
Wspaniały poranek zmącili mi tylko wciskający bransoletki naganiacze obstawiający wszystkie wejścia pod bazylikę, nie dający się opędzić, łapiący mnie za ramię, za torebkę, myślałam, że zaraz zabiorą mi walizkę, jeśli nie wezmę tej cholernej, niesplecionej jeszcze bransoletki za dziesięć euro, zaczęłam coś krzyczeć po francusku, dali pokój, uciekłam do metra.

A potem było już tylko La Défense.

La Grande Arche

Tablica ze sloganem

Widok na blokowisko

Most między nowym i starym

Panorama wieżowców

Jest tam tak pięknie! Doskonały balans szkła, betonu i drzew, tajne przesmyki między blokowiskami, ukryte kawiarnie, kwietniki, place zabaw, mostki nad ulicami, schodki i chodniczki; tylko mieszkania trochę małe, trochę ciemne, a może to tylko ten blok, za to miejscowi piękni, uroczy, pomocni – no istne akwarele. Gubiłam się bez ustanku, ale to nie ja jestem od ustalania azymutu.

Polska wchodzi do jednej czwartej, my rano jedziemy do miasta.

Invader nad Sekwaną

Trochę nie miałam nawet ochoty sięgać po aparat, a może szkoda, bo Montparnasse jest malownicze, spokojne i bardzo paryskie. Na cmentarzu śledziliśmy edytorów i piosenkarzy. W parku zjedliśmy bagietkę, patrząc na cisnące w gałę dzieciaki. Rozmowy też smakują tu inaczej.

Francja przegrywa z Irlandią 1:0, jemy naleśniki pod Panthéonem. Popłakałam się nad postBrexitową Wielką Brytanią płonącą w rasizmie i utwierdziłam się w postanowieniu o niesprawdzaniu buki na wakacjach (o eskapizmie jeszcze kiedyś może wam napiszę). Kiedy przechodząc obok francuskiego pubu sprawdziliśmy wynik spotkania, okazało się, że Francuzi z dużym spokojem musieli przyjąć wyjście na 2:1, bo nie dobiegły nas w naleśnikarni żadne okrzyki.

W pobliskim gotyckim kościele szkolny chór śpiewa Requiem. Na organach gra młody człowiek ogromnie przypominający mi kolegów akompaniujących w mojej szkole, a może to tylko nostalgia.

Gotycki kościół

Obejrzeliśmy z zewnątrz paryski meczet, a potem z daleka szkielety dawno umarłych zwierząt i z bliska prawie przez ogrodzenie paryskie małe zoo. Dałam się nabrać na udające eksponaty rzeźby. W tej chwili Paryż przypomina serię słonecznych slajdów.

W poniedziałek w Wersalu deszcz, kapiący z obdartych złotych bram i zamkniętych na głucho okiennic. W pałacu dzień wewnętrzny – wszędzie dostawczaki, zamknięte głucho okiennice, cisza. Po drodze kupiliśmy parasol i croissanty.

Brama Wersalu w deszczu

Wytarte złoto bram

Rzeźba damy w relaksie

Szalony jeleń w fontannie

Nie wiedziałam, jak ogromnym przedsięwzięciem jest ogród w Wersalu. Opędzając się od pająków, hasaliśmy po alejkach, podglądaliśmy zamknięte za kratami posągi i wyłączone fontanny, unikaliśmy małego pociągu, który wozi po alejkach turystów niezdolnych do wyciągnięcia 26k kroków. Wracamy, machając muszkieterom.

Muszkieterowie na planie filmowym

Cherubin na dworcu

W pociągu

Ktoś szuka drogi

Lubię powroty do znanych miejsc, więc przed ulewą M. prowadzi nas uliczkami do francuskiej restauracji, którą odwiedziłam z E. pięć lat temu. W drzwiach wita nas ten sam uśmiechnięty właściciel. Zupa cebulowa smakuje równie doskonale i może nawet bardziej parzy w usta. Piękna wołowina po burgundzku, sos wycierany bagietką, ze stolika obok obłędnie pachnie topiony ser w raclette. Na ekranie Włochy – Hiszpania, topią się na paryskim stadionie w ulewie, przed którą dopiero co uciekliśmy. Wychodzimy przed drugą połową. Nad Sekwaną koncert bez zapowiedzi, bez kapelusza z datkami, słuchaczka tańczy.

Zespół ćwiczy nad Sekwaną

Uparłam się na muzealny dziedziniec. Tu zamiast bransoletek królują podzwaniający małymi wieżami, stłoczonymi na metalowej obręczy. Patrzenie na piramidy zza bramy jest spokojniejsze niż próba podejścia blisko.

Flaga w Luwrze

Ja i słońce zachodzi

Piramida widoczna przez bramę

A jeszcze będzie szukanie paryskich obrazków, świeżych prawiekarpatek, bezskuteczna kolejka po quiche, prawie zgubione kolczyki i długa droga na lotnisko. W metrze słychać długi komunikat, z którego nie rozumiem nic poza « Préfecture de police ». To prostesty pracownicze, które słychać tylko z oddali przy Île de la Cité.

Paryż skończył się szybciej niż bym chciała.

[jg-ffw]
Wieża Eiffela
[/jg-ffw]

  • Pięknie napisałaś, już się nie mogę doczekać notek z Japonii!

    No i Twój blog ciągle mnie inspiruje: ostatnio po notkach językowych zatęskniłem za fińskim, teraz serce mi się ścisnęło, że nic porządnego nie napisałem, kiedy byłem w Norwich – i aż prawie mam ochotę, żeby to teraz, po dwóch latach, naprawić.