Dlaczego Pokémon Go działa

Już znasz zasady, więc nie musisz się uczyć niczego od nowa. Wiesz, o co chodzi, odpalasz apkę, onboarding jest jak w starych pokemonach na gejmboja, widzisz siebie na mapie (wyglądasz tak samo, jak inni, nie rozpraszaj się), jedziesz. Wibracja, bo jest pokemon, wiesz, jak to działa, rzucasz pokeballem, aż trafisz, trafiasz, bam, raz, dwa, trzy i jest twój, idziesz dalej. Pokestop przy figurce maryjki, słajp left, wylatują trzy ajtemy, zbieram. Idę dalej, widzę gym, ale nie mogę wejść, bo jestem za cienki bolek. Podszkolę się trochę i go przejmę (dwadzieścia cztery godziny od odpalenia). Znam to wszystko, nie potrzebuję żadnych tipów. Nie ma się na czym zaciąć, nie szukam solucji po guglu, tylko stukam w pokedeksa, uważając na samochody i przechodniów nie spodziewających się, że się zatrzymam na widok Bulbasaura.

To mój świat z dzieciństwa powołany do życia, to wspomnienie wakacji spędzonych z gejmbojem kuzyna w pomarańczowym fotelu wujka, dramatu rozładowanych baterii i straconych sejwów. To wyzwanie przejścia gry z innym starterem niż zwykle, to napięcie, żeby w labiryncie trenerów nie zrobić fałszywego ruchu, który na zawsze zablokuje dojście do klucza, bez którego nie można skończyć gry. Dzisiaj jestem Redem i jeśli nie chcę, nie muszę jeździć na rowerze, chociaż w grze tak było szybciej. Ale jak łapać pokemony na rowerze, bądźmy poważni.

Krabby

Na wyciągnięcie ręki, chociaż trzeba czarować, żeby móc mieć tę wieszającą się cały czas apkę już teraz, podczas gdy producent odsuwa i odsuwa światową premierę, bo nie nadąża z poszerzaniem przestrzeni serwerowej: czego się spodziewaliście, chcę ich zapytać, daliście ludziom opcję bycia postacią z anime, zbierania pokemonów tak prawdziwych, jak to póki co możliwe (póki co!), a nie tazosów w czipsach, myśleliście, że się prześlizgniecie?

Wystarczy się podnieść i iść przez osiedle, bo wszystko się jakoś generuje, ciągle nie wiem, na jakiej podstawie, skąd oni wiedzą, że tu jest masońskie oko nad wejściem do szkoły (dwa pokeballe i potion), tam maryjka w fasadzie domku jednorodzinnego (cztery pokeballe), a tu plastikowe gołąbki na balkonie (już nie ma, ale trzy pokeballe i jajko). Zdarłam nogi, bo szłam w nowych butach jak noob, biorę plastry na otarcia i pójdę jeszcze raz po burzy.

Ten lokalny lolkontent, kiedy dzielimy się na fejsie radością z Psyducka i beką z papieskich pokestopów, znajoma ma gyma na rogu i widzę, że jest w innym timie niż ja (czy możemy mówić sobie cześć na imprezach?).

Jesteśmy częścią świata w tych mrocznych, dziwnych czasach. Częścią globalnego hype’u, który trwa przecież dopiero cztery dni (świat wygląda inaczej, gołębie są jak Pidgeotto) i nie wiadomo jeszcze, co o nim myśleć. Trzeba shakować sobie drogę, ale to nic, hakujemy i jesteśmy jak Amerykanie, Australijczycy, jak Nowa Zelandia i Japonia, gdzie w świątyniach siedzą starożytne pokemony (a gdzie indziej?). Oczy jak pięciozłotówki, kiedy czytamy o ludziach planujących stracić na wadze przez pokeworkouty, o zwłokach znajdowanych przez graczy, o poprawie zdrowia psychicznego, o Team Rocket w prawdziwym świecie, o podrywaniu innych graczy w okolicach pokestopów, o perspektywie zależnej od koloru skóry.