Jeszcze miesiąc

Przedwczoraj – koniec semestru. Dzisiaj – koniec rejestracji dla matur zagranicznych. Za trzy dni – kupić bilet na pendolino do Warszawy. Za tydzień – weekend w Paryżu z okazji odnawiania wizy. Za dwa tygodnie – koniec tegorocznej Gry o Tron. Ani się obejrzałam, a już przychodzą punkty w kalendarzu, które zaznaczyłam sobie jako ten czas, kiedy trzeba zacząć myśleć o pakowaniu się. Tak, pakowanie się miesiąc przed to totalnie moja bajka.

W zeszłym tygodniu poszłam do drogerii po żel pod prysznic, bo się skończył. Wyszłam z całą torbą kosmetyków kupowanych pod Japonię. Moja obecna obsesja to sensowna kosmetyczka, bo mam irracjonalne poczucie, że ta, którą mam nie spełni moich oczekiwań. Chociaż sama jeszcze nie wiem, jakie one są.

Zamówiłam zapas żwirku i jedzenia dla kota, skoro i tak leżę w domu chora. Choć raz nie będę musiała płakać kurierowi w rękaw, że nie mam jak pojechać do punktu odbioru paczek po 40 kg puszek, żwirku i chrupek.

Uczenie się japońskiego jest ciężką orką na ugorze.

Gramatyka jest tak prosta, że wszystkie partykuły mi się mieszają. Nie pomaga to, że partykuła kompletnie nie odróżnia się od elementów słów, to te same dźwięki. Szaleństwo. Zresztą, jeśli wierzyć lekturom, Japończycy nieufnie patrzą na gaijinów mówiących po japońsku zbyt dobrze. Może lepiej ograniczyć się do dukania pojedycznych słówek. Albo do uśmiechania się jak głupek. Liczę na knajpy z automatami do zamawiania ramenu.

Smutno mi, bo przegapiłam jeden dzień, kiedy opłacało się kupić dolary.

Gorączka przydaje moim snom zaskakujących poziomów skomplikowania. Rozwiązuję w nich skomplikowane problemy, dążę do perfekcyjnej symetrii nadruków na nie wiem czym, koordynuję wielopiętrowe projekty nie wiem na jaki temat, rozmawiam nie wiem z kim tak długo, aż o trzeciej budzę się z bardzo bolącym gardłem, tak że napicie się wody boli i natychmiast muszę pójść umyć zęby.

Uczulenie na truskawki znika, kiedy miksuję je z bananem.