Zgrzytanie zębami

Miałam dziś naprawdę fatalny dzień.

Zaczął się od absolutnej, wszechogarniającej niechęci do wyjścia z łóżka. Takiej, która sprawia, że przez dobrą chwilę kontempluję rano rezygnację z pracy tylko dlatego, że przez moment nienawidzę świata.

(Dzisiaj ta nienawiść do świata poszła ze mną do biura.)

Każda rzecz była irytująca. To, że w nocy zsunęło się prześcieradło z łóżka. Pranie, którego nie poskładałam. Kurz na umywalce. Niewyniesione śmieci. Pospieszne pakowanie starego modemu do kartonu. Zastanawianie się, czy znów będę marznąć cały dzień. Ból karku. Dziewięćdziesiąt powtórek z japońskiego, których nie mam czasu zrobić przed wyjściem, bo jestem zbyt zajęta byciem poirytowaną.

Właściwie nieważne, co miałabym robić w pracy, irytowałby mnie jednako zarówno niedobór, jak i nadmiar zajęć. Dobrze, że mój telefon nie zadzwonił ani razu i zaliczyłam dziś w zasadzie niewiele interakcji. Nie przeszkodziło mi to warczeć na innych w prywatnych konwersacjach. Każdy powód dobry do sprzeczki, byle się trochę poszarpać. Nie poprawia nastroju.

Zimno mi w nos i pociągam nim co chwila. Irytuje mnie myśl o kosztach badań na alergię, ale chyba jeszcze bardziej – cała szopka związana z umówieniem się do specjalisty, żeby załatwić to na fundusz. Najwyżej nie zjem czegośtam w Japonii, ale zrobię te badania na żądanie.

Potem kurier, który nie wie niczego o tym, co obiecała mi przez telefon konsultantka od internetu. Instalacja modemu wymagająca podania innego loginu niż zwykle i hasła, które wygasło cztery lata bez pięciu miesięcy temu, bo nie wiedziałam, że mogę go używać. Jedna skarga mailem, druga przez telefon, jestem klientem z piekła.

Nie poprawia nastroju (ale nie po to to robię).

Gorący prysznic, żeby przestał drętwieć kark (nie przestaje). Puszka dla kota wcześniej, żeby przestał miauczeć (nie przestaje). Przepięcie się na monitor, żeby pracować (idzie jak po grudzie).

Nie wiem, czy chce mi się krzyczeć, czy płakać.

Moja mama mawiała, że to halny. Ale nie wieje halny, przecież jest zimno jak w piekle, pierońsko nieznośny ten maj, zmieniłam już szafę na letnią, za wcześnie.

Wygląda na to, że zamiast ośmiu dracen nie będę miała ani jednej, może Leon przeżyje moje wymysły sprzed miesiąca, ale też – może ostanie mu się tylko ten jeden oszczędzony pióropusz? Skrzydłokwiat nie kwitnie, a rzadkiego grubosza w pracy posadziłam zbyt płytko i chwieje się, i się o niego martwię, że mi nie przetrwa tych warunków ewidentnie zbyt spartańskich.

Za feministyczny komentarz na stronie znanej gazety zbieram setki lajków, lajeczków, i drugie tyle hejterskich komentarzy, którzy mówią: rozmawiać z feministkami to jak dyskutować z Donaldem Trumpem. Przynajmniej nauczyłam się dziś wyłączać powiadomienia o komentarzach pod komentarzem; byle nie oszaleć, byle ćwiczyć dystans. Inne feministki dyskutowały za mnie.

Nie mogę rozmawiać, bo rozmowy prowadzą do sprzeczek. A nie ma się jak komunikować inaczej niż przez słowa. Czuję się, jakbym odrywała sobie obsychające listki, jak u marniejącego grubosza.

Zanotowałam w kalendarzu dwa wydarzenia na sobotę, oba wiążą się z wydawaniem pieniędzy, a chyba pora zacząć hodować wężorka w kieszeni.

Zapada noc.