Uczenie się języków, część trzecia

Wciągnęłam się w naukę japońskiego dostatecznie, żeby zapłacić WaniKani za kolejne poziomy i zainstalować japońską klawiaturę w komputerze. Jestem ogromnie ciekawa, ile można osiągnąć w pół roku dość intensywnej samodzielnej nauki, w tym przez dwa miesiące kontaktu z kulturą i z pismem, jeśli nawet nie z językiem mówionym.

Kanji i kana

Po 56 dniach z WaniKani nauczyłam się już jednej czwartej wanikanowych kluczy (112), kilkudziesięciu kanji (86) i dwa razy tyle słówek (169). Według statystyki biorącej pod uwagę moje średnie tempo, do wyjazdu powinnam opanować znaki na poziomie Joyo G1, czyli… pierwszej klasy japońskiej podstawówki. Do najniższego poziomu japońskiego certyfikatu językowego JLPT N5 musiałabym zakuwać do listopada – chyba że uda mi się podnieść średni czas podnoszenia poziomu, bo licząc same minimalne czasy wymagane przez SRS do podnoszenia poziomów (czyli zakładając skuteczność powtórek na poziomie bliskim 100%) mogłabym dojść do N5 już pod koniec lipca. A moja średnia skuteczność to 89%, więc nie jestem tak daleko. Moc statystyk!

Statystyki do Wanikani

Szczegółowa statystyka to zewnętrzny plugin do platformy – których zresztą WaniKani ma całą masę. Bardzo fajna jest wtyczka do sortowania lekcji, tak że na początku są klucze, potem kanji, a na końcu słownictwo. Albo słownictwo na początku: to się przydaje zwłaszcza wtedy, kiedy nie mam ochoty na uczenie się czego zupełnie nowego, albo kiedy przez przerzucanie kanji na początek zaczynam kumulować nieprzerobione słownictwo. A proporcje słownictwa do kanji na jednym poziomie są takie: 38 nowych kanji – 106 nowych słówek. Więc odpuszczanie słówek na dłuższą metę boli.

W ramach wzmacniania kanji w mojej słabowitej pamięci (czasem są takie dni, że cała nowa wiedza ześlizguje się z moich zwojów mózgowych jak z bardzo grubej szyby) czytam sobie też Remembering the Kanji. Nie wiem, czy to dobra metoda uczenia się znaków od zera, ja bym się chyba szybko poddała, chociaż historie ludzi na blogach i forach lingwistycznych dowodzą, że można się nauczyć łączenia samych znaków z ich angielskimi słowami kluczowymi nawet w osiem tygodni. Uprzedzają też, że można się zamotać, bo znaczenia nie zawsze są takie same jak te, które proponuje WK. Ale czytanie historii o znakach, które już widziałam jest bardzo przyjemne i sprawia, że męczę się mniej podczas powtórek w WaniKani, bo mam przynajmniej mgliste poczucie, co dany znak może znaczyć.

Zapamiętywanie Hanzi
To akurat przykład z tej samej pozycji do nauki chińskiego – ale znak jest ten sam i to samo znaczy.
(źródło: www.saporedicina.com)

Memrise pomogło mi nauczyć się kany, ale podtrzymuję mój sąd, że najskuteczniejszym nauczycielem hiragany pozostaje oparte na niej zakuwanie kanji. Niestety, WaniKani nie rozróżnia czytań on kun zapisem katakaną i hiraganą, jak na przykład słowniki, więc nie daje możliwości trenowania katakany. Uruchomiłam więc na Memrise kurs zapożyczeń z angielskiego do ćwiczenia katakany i po paru dniach czuję się z nią dużo lepiej. Na tyle, że czytam sobie opakowania od japońskich KitKatów i bardzo mnie bawi japońska transkrypcja angielskich wyrazów. グッジョブ!

Kitkat

Gramatyka

Coraz mocniej jednak zaczęło do mnie docierać, że jeśli nie tknę gramatyki, całe zakuwanie kanji nie będzie miało najmniejszego sensu. Mimo tego, że w sumie nie zmierzam w stronę uczenia się japońskiego na poważnie.

Pomyślałam, że mogę zacząć klasycznie, od Genki I, ale już pierwszej lekcji udało się mnie uśpić i zniechęcić na tyle, że przez dwa tygodnie patrzyło na mnie z wyrzutem, pokrywając się kurzem. A ja mówiłam sobie: dzisiaj zrobię jedną lekcję. Jedna lekcja to nie tak dużo. Z wiadomym rezultatem.

Na szczęście prokrastynacja poprzez przeglądanie forum WaniKani przyniosła efekty w postaci w miarę regularnego podrzucania innych źródeł nauki – w tym przewodniku po gramatyce Taego Kima. Zwięzłe, proste wyjaśnienia różnych gramatycznych zagadnień. Na razie zapoznałam się z mniej więcej ¼ materiału i to już wystarczyło, żebym zaczęła rozpoznawać niektóre konstrukcje w oglądanym teraz しろくまカフェ :).

Po co to wszystko?

Sama nie wiem. Bez problemu można sobie poradzić w Japonii znając angielski, można sobie kupić rozmówki, a do czytania używać wizualnego translatora Google. Ostatecznie, jakkolwiek egzotycznie by się Japonia nie zapowiadała, jednak w dobie globalizacji życie wygląda chyba dość podobnie.

A jednak – nawet przed tygodniowym wyjazdem na Islandię obczajałam kursy islandzkiego online, ćwiczyłam prawidłowe akcentowanie i mówiłam Eyjafjallajökull bardzo szybko. Więc uczenie się japońskiego pisma chyba do mnie pasuje :-).

  • Mam jakieś takie dziwne obawy przed uczeniem się języka na własną rękę, sam nie wiem czemu – trochę się chyba boję, że zabraknie mi motywacji, trochę, że bez prowadzenia nauczyciela nie będę za bardzo wiedział, jak się do tego zabrać. Twoje posty pokazują, że są fajne narzędzia, ale przede wszystkim – że samemu też się da. I zachęcają mnie, żeby odkurzyć książki do fińskiego. Dzięki :).

    • <3!
      Japoński jest przede wszystkim fenomenalnie obrobiony w sieci przez wannabe otaku. Materiałów jest więcej niż da się ogarnąć i trzeba szukać sposobów na selekcję. Najtrudniej przeskoczyć brak partnera do konwersacji, jeśli się uczysz naprawdę, a nie na niby, jak ja – ale są już do tego apki :).