Nic nie widzę!

Jeśli tak jak ja masz więcej par starych okularów niż możesz się doliczyć – doczytaj do końca!

Nie umiem wytłumaczyć komuś, kto nie ma problemów ze wzrokiem, jak to jest być krótkowidzem. Próbuję różnych metafor: to tak, jakby patrzeć przez zaparowaną szybę; włóż moje okulary, to zobaczysz odwrotność mojej wady wzroku; wyobraź sobie, że świat to obraz pointylisty… Ostatnie odkrycie, którego dokonałam przez odwiedziny u okulisty – czyli to, że bez okularów nie widzę już nawet, że na tablicy są jakiekolwiek literki – nie jest pomocne, bo raczej budzi u ludzi lęk niż jakiekolwiek zrozumienie.

Cały pakiet
To nie są wszystkie okulary, jakie kiedykolwiek nosiłam.

Zaczęłam nosić okulary w wieku ośmiu lat. Zapytałam mamę, czy moje oprawki z dzieciństwa są jeszcze gdzieś w domu – okazuje się, że wyrzuciła je parę lat temu, uratowały się więc tylko te, które nosiłam od pierwszego roku studiów, w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Nie ma więc moich zielonych szkieł fotochromatycznych, nie ma pierwszej cukierkowej oprawki o kształcie podejrzanie podobnym do moich obecnych oprawek (koleżanka z klasy miała identyczne, było mi bardzo smutno, kiedy to zauważyłam). A i tak jest ich dość, żeby zasłały łóżko, jak dokumentacja projektu.

W Oświęcimiu chodziłam zawsze do tego samego optyka: wiadomo, że Kołder nie ma sobie równych na mieście (ciekawe, czy to się nie zmieniło). Wybieranie oprawek było zawsze trudnym zadaniem: nigdy nie wyglądałam dobrze w tych, jakie podobały mi się na manekinach i na zdjęciach, więc musiałam wybierać spośród tego, co na pierwszy rzut oka wcale mi się nie podobało. Wsparcie rodzinne było konieczne – zwłaszcza wtedy, kiedy okazało się, że szkła trzeba zacząć pocieniać, bo przestają się mieścić w oprawkach.

Najbardziej mi żal, że nie mogę znaleźć żadnego zdjęcia, na którym widać moje pierwsze okulary. Były piękne, okrągłe, ze złotymi uszkami, w pastelowe ciapki na oprawce. Na pół twarzy. Gdyby nie to, że szerokość miały na dziecięcą głowę, pewnie zmieniłabym sobie w nich po prostu szkła i nosiłabym je dziś jak pierwszorzędna hipsterka.

Pamiętam, jak pojechaliśmy rowerami odebrać moje fotochromy. Tego dnia nauczyłam się, że jazda rowerem w świeżutkich, mocniejszych okularach to przepis na katastrofę. Innym razem, kiedy w ciągu roku jakoś dramatycznie skoczyła mi wada, okazało się, że nowe szkła potrafią znacznie utrudnić chodzenie po schodach. Ale zwykle radość ze zmiany wyglądu przesłaniała minusy związane z wymianą szkieł.

Okulary przeciwsłoneczne mogłam do niedawna nosić tylko z soczewkami. Poświęcałam się więc trochę dla komfortu niemrużenia oczu przez cały dzień, zwłaszcza w Londynie. Zajęło mi to z rok zanim przyznałam się sama przed sobą, że nie cierpię soczewek. W tym roku pierwszy raz poszłam w barwione szkła korekcyjne (choć nie wykluczam, że zrobię sobie kiedyś prezent w postaci clip-ona do Wilsonów).

W Krakowie miałam problem ze znalezieniem dobrego optyka. Wiecie, od przybytku głowa boli jak od źle dobranych szkieł. Najpierw byłam w Fielmannie, gdzie zaskoczyło mnie, że oprawki mogą być tak tanie. Z niską ceną szło też szybkie zdarcie wszelkich powłok ze szkieł i nawet samych oprawek, więc szybko szukałam nowego miejsca. Wybrałam Binokle, dość nowy salon na Długiej, bo właśnie się otwierali, mieli zniżkę na gruponie i hipsterskie marki w ofercie. Dobieranie szkieł u pani Pauliny było doświadczeniem tak przyjemnym, że wróciłam tam po dwóch latach wymieniać okulary na mocniejsze (a przy okazji i oprawki) – chociaż zniżek już nie było. Przy okazji zmieniłam wtedy, za pierwszym razem, optykę ze sferycznej na asferyczną – przez co przez tydzień miałam wrażenie, że coś poszło nie tak z dopasowaniem okularów, bo prawie widziałam podwójnie, aż pisałam maile z pytaniami, czy to normalne. Przywykłam. Ale na nowe oprawki, które ewentualnie, być może będę musiała kupić w przyszłości odkładam od dziś, bo ta ścieżka nie należy do przyjaznych portfelowi.

Tak wyglądam teraz:

PS Do każdych oprawek dostawałam też futerał. Okularnicy, korzystaliście kiedyś z futerału? Ja używam go wyłącznie do przechowywania starych okularów. Tylko ostatnią kaburę noszę ze sobą, bo przydaje się przy wymienianiu okularów przeciwsłonecznych na korekcyjne (okropna, choć wygodna, maniera noszenia okularów luzem w kieszeni doprowadzi niechybnie bo zdarcia wszystkiego, co siedzi na szkłach – przydałby mi się ktoś, kto krzyczałby na mnie, ile pieniędzy wydaję na te rzeczy za każdym razem, kiedy nie chce mi się wyjąć futerału z plecaka).

Akcja zbierania okularów

Dzięki Agacie, która przeczytała ten wpis, dowiedziałam się dzisiaj o akcji zbierania okularów przez organizację „Okuliści dla Afryki” oraz Fundację Dzieci Afryki. Wiecie, że para okularów w Kamerunie potrafi kosztować 30–40 tysięcy franków (miesięczna pensja nauczyciela w szkole)? Ja się właśnie dowiedziałam. Pakuję moje stare szkła w woreczki i niebawem wysyłam. Zbiórka trwa do 30 listopada 2016 roku, jest punkt zbiórki i w Krakowie, i w Oświęcimiu – więcej o akcji przeczytacie tu: http://okuliscidlaafryki.pl/jak-pomoc/zbiorka-okularow/