Strategie przetrwania

Kiedy poprzednim razem pisałam o atakach płaczu, nie miałam pojęcia, co to znaczy. Prawdę mówiąc, po przejściach z ostatniego weekendu mam poczucie, że te niekontrolowane potoki łez to coś, co powinien obejrzeć lekarz, tylko jeszcze nie wiem, czy hormonauta, czy psychiatra.

(Kira siedzi teraz przed pustym krzesłem i cichutko zawodzi.)

No więc, jak pisałam, działa to mniej więcej tak, że za każdym razem, kiedy choćby maleńka część mojego umysłu uzna, że dana sytuacja kwalifikuje się jako ostatnia, należy uruchomić fontannę. I dotyczy to takich bzdur jak ten ostatni raz, kiedy jemy pizzę albo ten ostatni przejazd tramwajem. Poważnie. To wrażenie, jakby ktoś porażał mnie prądem w brodę (o księżniczkach pisze się, że wykrzywiły im się usteczka) i bam, potok. Mniej więcej co kwadrans. Co ciekawe, kiedy jedna warstwa mnie szlocha, pozostałe patrzą na nią bez zrozumienia, bo przecież z racjonalnego punktu widzenia – nie ma nad czym ryczeć. Jest też, oczywiście, kazusik pójścia spać po raz pierwszy w pustym łóżku. Bez kitu, mam ochotę pościelić sobie materac na podłodze w kuchni, byle przez to nie przechodzić. Skończyły mi się w domu chusteczki, ale też – rok od pojawienia się, minęła mi kichliwa alergia (profit).

Już w tamtym tygodniu miałam przedsmak mieszkania znowu samotnie i zaobserwowałam morfowanie codzienności. Radzenie sobie z rozłąką póki co objawiało się następująco:

  1. Po wejściu do domu natychmiast włączam radio i światło w obu pokojach.
  2. Sprzątam wszystko na błysk, zwłaszcza kuchnię. Nie ma dla mnie zajęcia bardziej zen niż zmywanie.
  3. Kwiatki są, dla odmiany, stale podlane.
  4. Nie oglądam telewizji.
  5. Spędzam cały wolny czas w tym drugim pokoju.
  6. Gotuję jak wariatka, dla pułku wojska, wyżeram zapasy z zamrażalnika wreszcie, nie mam ochoty robić zakupów, a przy tym może nawet się odchudzam (no comment).

Ale to są osobiste sprawy. Jest jeszcze ciekawsza może kwestia oswojenia tematu wyjazdu.

Pierwszą autoreakcją na myśl o wyjeździe do Japonii był lęk. Nie ciągnęły mnie azjatyckie kultury, nie marzyłam o wyjeździe na wyspy, po japońsku umiałam powiedzieć tylko konnichiwa i arigatou, ale już niczego bym nie przeczytała.

Japonię należało oswoić.

Zaczęłam od języka. Potem zażądałam lektur kulturowych, więc mi je z kartonu z książkami wyciągnięto. Zaplanowałam sobie próbną subskrypcję Audible, żeby wysłuchać tej książki (tip: żeby nie zasnąć z nudów, należy słuchać wykładów tego pana na przyspieszeniu 1.5 albo więcej). Kupiłam dwa przewodniki Lonely Planet i zaczęłam je studiować. Oglądam na youtuberów opowiadających o życiu w Tokio i filmy dokumentalne NHK o na różne tematy.

Zasadziłam sobie Japonię w codzienności tak silnie, że dziś w drodze do domu myślałam sobie nawet, że mogłabym dla przyjemności postudiować japońskie kulturoznawstwo.

Cóż za przemiana!