Przyszła wiosna, będzie kokos

We wiosnę zamieniam się w stereotyp i łapię się za porządki. Nieład łechce mnie w kręgosłup jak piórko, nie mogę patrzeć na nadmiar przedmiotów i książki leżące w nieładzie na półce. Gdybym nie piekła właśnie zachcianki w postaci ziemniaków z porem, to bym się pewnie zagrzebała w koszu z wełną, bo on zawsze domaga się porządków.
Roją mi się diety warzywne, soki owocowe, chleb wieloziarnisty i ban na pizzę; tym razem dałam się skusić, sieć kipi pomysłami, wszystko zdaje mi się jednorako obiecujące i podejrzane.

A jednak już czwarty dzień z rzędu kręcę sobie zielony koktajl w nowo zakupionej maszynce do smutasów i uparcie zapełniam lodówkę na kolorowo.

Pan z dowozu z marketu podarował mi dziś kokosa, więc z kokosa wykręciłam mleko kokosowe. Właściwie to pulpę, bo z braku zasobów nie mam jak odcisnąć wiórków od mleka, ale to nic, wiórki też są fajne. (Rozbijanie kokosa młotkiem trwało mniej więcej godzinę. Upierdliwa zabawa. Nie wiem też, skąd ludzie z internetów biorą te kokosy, z którym woda leci i leci, jak z kranu. Moja zapełniłaby filiżankę do espresso i jej wytrząśnięcie zajęło mi mniej więcej minutę.)