Gdzie jest moje zen?

Ostatnio codzienność dość mocno mnie stresuje. Moje reakcje są przesadzone i wystarczy, że jeden mały kamyczek przesunie się w tym kopczyku, a wszystko się rozlatuje (nie mówiąc już o kamykach nieporównanie większych, które muszę przekładać z miejsca na miejsce z ogromną uwagą i wielkim wysiłkiem).

(Myślę o medytacji, ale ona chyba nie na tym polega, żeby o niej myśleć.)

Zauważyłam, że na krótką metę dobrze sprawdza się mały eskapizm: myśląc o czymś odległym w czasie, łapię dystans do tego, co budzi we mnie stres w tym momencie.

Więc wyobrażam sobie mój dom i chodzącego po nim kota – w tym świecie nie martwię się o opiekę do niego, choć nie jest to umotywowane żadnymi faktami, może poza tym, że jestem w tym domu – cisza, spokój i ściany do sufitu wypełnione książkami. Jestem w domu, bo pracuję w domu: mam pracownię, w niej wełnę i kołowrotek, gar i barwniki, duży fotel i szykowaną do wydania dziewiarską literaturę. Za oknem jest ogród, w którym spędzam soboty. Kolory to ciemny brąz, głęboka zieleń, słońce i cień.

Ogród

Kubek zielonej herbaty. Kraina instagrama, pinteresta i braku powiadomień w telefonie.