Uczenie się języków, część druga

Czytanie japońskiego to jedna z najbardziej absurdalnie trudnych rzeczy, jakich próbowałam się nauczyć.

Naprawdę! Okazuje się, że umiejętność rozpoznawania znaków hiragany i katakany, choć już kilkunastokrotnie wydawało mi się, że wreszcie wszystkiego się nauczyłam, wyparowuje z mojego umysłu szybciej niż imiona bohaterów osiemnastowiecznej powieści, którą czytam na egzamin. PUFF, it’s gone. Ponieważ jednak wyjazd do Japonii zbliża się nieubłaganie, nie przestaję walczyć z materią i powiem wam, czego już próbowałam.

Memrise

Memrise – strona główna

Ponieważ uczenie się sylabariuszy kojarzy mi się z zakuwaniem z fiszek, szukałam apki, która oszczędzi mi wycinania papierowych pomocy dydaktycznych. Memrise służy dokładnie do tego: dostępne tam kursy składają się z listy wyrazów, jakich masz się nauczyć (czasem razem z dźwiękiem) i stosują algorytm do powtórek, dzięki któremu – przynajmniej teoretycznie – łatwiej jest zapamiętywać materiał.

Kursy są tworzone przez użytkowników, więc ich jakość bywa różna. Podobnie jest z mnemobrazkami, czyli grafikami mającymi pomóc skojarzyć dany znak z jego odczytaniem: te też są dodawane przez użytkowników. Podczas nauki można sobie wybrać, która reprezentacja najbardziej do nas przemawia i kurs w razie pomyłki podczas powtórek pokaże nam tę właśnie przypominajkę.

Memrise – przykład kursu

Oczywiście Memrise skrzy się od gamifikacji i innych środków wspomagających motywację. Podczas nauki zbieramy punkty, punkty pozwalają przechodzić na kolejne poziomy i konkurować z innymi użytkownikami (w ramach rywalizacji dziennej, tygodniowej, miesięcznej i od początku świata; w obrębie danego kursu i całego serwisu). Można ustawić sobie dzienny cel, np. 10 minut pracy w danym kursie. Portal premiuje systematyczność, zaznaczając kolejne dni, kiedy pojawiliśmy się na lekcji. Wersja Pro zawiera, rzecz jasna, jeszcze więcej podobnych wodotrysków.

Słówka (czy znaki) traktowane są jak ziarenka, z których rozkwitają kwiatki w miarę nauki–podlewania. Po kilku godzinach trzeba podlać je jeszcze raz, inaczej uschną. Hasztag poezja.

Teraz tak: nie ma żadnego ograniczenia w tym, ile fiszek chcesz przerobić w ciągu dnia. Dobrze i niedobrze. Dobrze, bo mogę zrobić cały sylabariusz w jeden wieczór. Niedobrze, bo wtedy Memrise gratuluje mi ukończonego kursu i nie wymaga ode mnie powtórek – mimo całej skomplikowanej gamifikacji. Więc… znaki wyparowują szybciej niż się zasiały.

Tofugu

W poszukiwaniu bardziej ustrukturyzowanej formy nauki sylabariuszy (mając w pamięci, że studenci japonistyki mają na ich opanowanie tydzień) trafiłam na stronę poświęconą metodom nauki języka japońskiego i ogólnie japońskiej kulturze – Tofugu.

Poza mnóstwem artykułów radzących, jak nauczyć się japońskiego słuchając j-popu, jak biegle liczyć, czy – co mnie szczególnie ciekawi! – jak skutecznie uczyć się japońskiego będąc w Japonii, Tofugu podrzuca czytelnikom dwa fajnie skonstruowane poradniki szybkiego zakucia hiragany i katakany.

Zaczynamy od wyjaśnienia konstrukcji sylabariuszy i ich układu w rzędach według rozpoczynających spółgłosek. Potem, rządek po rządku, omawiane są kolejne znaki – z użyciem filmików na youtube, podających od razu poprawną wymowę, oraz mnemonicznych obrazków w jednolitej stylistyce.

Tofugu – ほ
Przykład mnemotechniki rodem z Tofugu (stąd).

Po każdej serii dostajemy instrukcję utrwalania nowo zdobytej wiedzy poprzez korzystanie z zewnętrznych narzędzi, takich jak Drag’n’Drop Hiragana czy Real Kana.

Nie, nie jest to apka i nie, kurs nie jest szczególnie interaktywny. Ale przyznam, że przeplatanie różnych metod utrwalania znajomości hiragany dało mi więcej pewności w lekturze hiragany – choć, oczywiście, wciąż nie biegłość.

Wanikani

Wanikani – strona główna

Z Tofugu szybko trafiłam na ich web appkowy projekt do nauki kanji, czyli Wanikani. Z użyciem algorytmu SRS (spaced repetition system, co znaczy, że aplikacja rozkłada powtórkę w czasie w celu budowania pamięci długotrwałej) uczy po kolei kluczy (radicals), z których składają się znaki kanji; potem samych znaków kanji, a wreszcie słownictwa, czyli złożeń. (Mam nadzieję, że japoniści nie zlinczują mnie za to uproszczenie, bo na pewno pominęłam jakieś niuanse). Do tej nauki potrzebujemy znajomości hiragany, bo odpowiedzi w testach często będziemy tak pisać.

Poza samymi znaczeniami, uczymy się też czytań, zarówno sinojapońskiego (on-yomi), jak i japońskiego (kun-yomi). Czytania są zapisane hiraganą.

Wanikani jest płatnym serwisem, ale pierwsze trzy poziomy zaawansowania są dostępne za darmo. Ja nie przebiłam się jeszcze nawet na drugi, więc… to chyba mówi sporo o moich zdolnościach przyswajania obcych alfabetów. Bo jest ciężko.

Nawet na pierwszych poziomach nauki trafiają się znaki, które mają inne odczytania jako klucze, kanji i zupełnie inne jako słowo. Gubiłam się bez ustanku. Zwoje mózgowe mi się przegrzewały. Dwa dni przerwy kosztowały pięć litrów potu wylanych podczas bezskutecznej próby odtworzenia wątłych powiązań neuronalnych sprzed kilku dni.

ALE – bardzo poprawiło się u mnie rozpoznawanie znaków hiragany, może dlatego, że nie czytałam ich pojedynczo, tylko były mi potrzebne do czytania innych znaków. Dało mi to do myślenia…

Analogowo

Fiszki – nauka analogowa

Kupowanie fiszek nie miało za wiele sensu. Drukowanie ich – trochę więcej, bo do nauki angażowałam się manualnie. Nie czytam ich jedna po drugiej, próbując zgadnąć, co jest po drugiej stronie – od tego mam Memrise – tylko układam po spółgłosce, po samogłosce, szukam w stosiku konkretnego znaku, tasując karty. Mam wrażenie, jakby coś mi się odblokowało w głowie i teraz częściej rozpoznaję przyuważony gdzieś przypadkiem znak.

Idę krok dalej: wydrukowałam sobie karty do ćwiczenia pisania, jak dla dzieci w podstawówce. Będę krzywo bazgrolić, wszystko w słusznej sprawie.

Biletu jeszcze nie mam, ale lipiec coraz bliżej!

PS. Tofugu udostępnia też podręcznik japońskiego, gdzie pierwszy rozdział jest za darmo, jak na Wanikani. Może się komuś przyda :-).