Syndrom oszusta

The Fraud Police are the imaginary, terrifying force of “real” grown-ups who you believe – at some subconscious level – are going to come knocking on your door in the middle of the night, saying:
“We’ve been watching you, and we have evidence that you have NO IDEA WHAT YOU’RE DOING.  You stand accused of the crime of completely winging it, you are guilty of making shit up as you go along, you do not actually deserve your job, we are taking everything away and we are TELLING EVERYBODY”.

Amanda Palmer, The Art of Asking

Istnieje wiele sposobów na wywołanie syndromu oszusta.

Przewodniczenie kołu naukowemu. Przedstawienie prezentacji na konferencji. Obrona pracy dyplomowej. Rozmowa o pracę. Prowadzenie zajęć na uczelni. Rekrutacja.

Ale jednak szczytem szczytów jest wymyślenie sobie złożenia aplikacji na jednym z czołowych uniwersytetów na świecie. W ramach jednego z najbardziej obleganych programów. Gdzie wcześniej trzeba przekonać któregoś z pracowników wydziału, że jest się godnym uwagi. W międzyczasie – przekonać trzech naukowców, że chcą napisać o tobie miłe słowa w listach rekomendacyjnych. Napisać szeroki projekt, którym przekona się komisje rekrutacyjną, że takie badania mają sens. I liczyć na to, że nie tylko zaproponują miejsce, ale jeszcze dadzą kasę na niebotyczne czesne i ogólnie pojęte życie na szczycie.

(Nie ma ani jednej sekundy tego procesu, kiedy nie czujesz syndromu impostora.)

A wszystko po to, żeby potem, przyjmując porażkę, przezwyciężyć nasuwające się: dopadli mnie. Teraz wszyscy się dowiedzą.

  • Pamiętam pierwsze odrzucone zgłoszenie na konferencję. Strasznie mnie to bolało. Pisałam je na kolanie w Nowej Prowincji i wysyłałam ostatniego dnia, co sporo mówi o jakości mojej pracy. Niby zdawałam sobie z tego sprawę, ale i tak miałam zepsuty humor przez tydzień. Wyniosłam z tego nauczkę: rób rzeczy porządnie, to unikniesz rozczarowań.

    Potem zaczęłam pracę. Mnóstwo przetargów, szaleńcze tempo. Czasem robię rzeczy porządnie i nic nie przechodzi, głucha cisza, nikt nie chce tego kupić. Czasem robię rzeczy lewą ręką w piątek o 16.30. Biorą, dziękują i i płacą. Ostatnio dostałam fajne zlecenie, bo ktoś widział jakieś bazgroły, które publikowałam na tumblrze dwa lata temu. Bez sensu. Chyba czas na nową lekcję: czasem życie jest kompletnie nieprzewidywalne i rezultat zupełnie nie zależy od naszych wysiłków.

    Tak czy inaczej, strasznie mi przykro. Mam nadzieję, że Cię to nie złamie zupełnie, bo to, co robisz, ma dużą wartość. Może to po prostu nie jest właściwy moment albo miejsce.