Dlaczego włóczka jest taka droga?

Oczywiście – nie każda. Można kupić motki i po parę złotych. Ale można znaleźć taką i po trzy stówy, ręcznie wszystko.

Piękna nowa wełna
Spoiler alert: taki efekt.

Kupiłam sobie wrzeciono, produkcja polska, rodzima, dystrybucja głównie za ocean, bo w kraju nie ma popytu na takie cuda, jakie ta firma produkuje. Przysłali mi to wrzeciono na zamówienie nielakierowane, z logoskiem wypalonym, a ja sobie w międzyczasie kupiłam pół kilo czesanki z nowozelandzkiej owcy w jedynym sklepie w internetach, który sprzedaje wełnę przygotowaną do przędzenia, a nie do filcowania (czy jest różnica, nie wiem, ale po co ryzykować?).

Pierwsze koty za płoty, nitka się targa, nie chce się połączyć, wychodzi gruba, nierówna, a do tego śmiesznie jej mało. Nic to, odłożyłam wrzeciono na tydzień czy dwa, trzeba pomyśleć.

Bogatsza o wiedzę z jutuba, dzisiaj siadłam wreszcie, podzieliłam na dużo cieńsze pasma, wykonałam uprzednie skręcenie celem ograniczenia wrażliwości nitki na skręcenia. Trzy odcinki House of Cards później trzeba było nitkę z wrzeciona zdjąć i przekręcić, bo już się rwało biedactwo, wrzeciono za ciężkie. Zdjęłam ją na krześle, pracowicie policzyłam owij i zaniemówiłam – trzy godziny roboty w pocie czoła, a ja tu mam tylko 72 metry! Toż to nawet na tego mojego komina jedną sztukę nie starczy!

Schnąca włóczka
Metoda na suszarki.

No nic, motek przewiązany, wymoczony w wodzie z lanoliną, suszy się na suszarce metodą na suszarkę, bo metoda na wieszaki nie dała niewielkiego nawet wyprostu skrętu. Do rana może chwyci.

Czuję ten motek we wszystkich mięśniach.

Podobno na kołowrotku człowiek się tak nie męczy, bo nie musi ciągle machać rękami do góry, można sobie poziomo przy przędzeniu włókna powoli wyciągać zamiast pracowicie przygotowywać kruchy półprodukt przed przędzeniem. A wiecie, ile kosztuje nowy kołowrotek? No co najmniej półtora tysiąca złotych nowych polskich. Nic a nic się nie dziwię, że się prządki kuszą, bo takie wrzeciono spokojnie robi za fitness i jogę jednocześnie (muszę to sobie w apce odnotować, bo mi piszczy, że za mało się dzisiaj ruszałam, niczego nie wie o moim życiu).

No więc włóczka przędzona metodą ręczną jest droga jak fiks, bo się trzeba urobić przy niej do mokrego karku i skurczu krzyża, do zdrętwiałych palców i odcisku na wprawiającym wrzeciono w ruch kciuku, a i tak wychodzi jej taka malizna, że w jeden dzień pracy nie ukręci się więcej niż jednego standardowego motka, takiego wiecie, 400m/100g, singla. A jeszcze trzeba tę surowiznę pięknie pomalować!

Szanujcie swoje włóczki.

(Przechodziłam ostatnio, w deszczowy, szary dzień, koło nowego sklepu z włóczkami na Dietla. Tak wygląda niebo. Zobaczcie go koniecznie.)