Zalani falą hejtu, hen, kierujemy swe stery

Zaczęło się z pewnością o wiele wcześniej. Takie rzeczy nie mają daty, nawet na studiach mówili nam, że ery, epoki nie zaczynają się z dnia na dzień, raczej rozlewają się powoli, podstępnie, najpierw gdzieś w okolicach kostek; ale prędko, nim zauważyliśmy, toniemy w nich po szyję, po nos, aż w końcu, przez chwilę jeszcze gorączkowo próbując złapać haust powietrza Ery Przedtem, poddajemy się zapomnieniu. Nie trzeba długo czekać na zatarcie wspomnienia i nie wiadomo, jak było przed.

Więc, zaczęło się z pewnością o wiele wcześniej, ale przesilenie, jakaś szalona eksplozja to tydzień po drugiej turze, w niedzielny wieczór i przez następnych kilka dni. Ten czas, kiedy ludzie, których nawet nie podejrzewa się o jakiekolwiek refleksje czy upodobania, z pianą na ustach, z zaciętymi wąsko zbielałymi wargami zapalają się tak dalece do polityki, że przechodzi mi przez myśl: czy ja jednak wyrastałam wśród ekstremistów?

Z nich ci, którzy wygrali mają podejście jedno albo drugie. W jednym patrzą protekcjonalnie, kiwają głową z uśmieszkiem, mówią: nie martwcie się, ale myślą chyba coś odwrotnego, bo z tych z pozoru neutralnych słów leje się szydera i poczucie wyższości. Drudzy nie są tak łagodni w osądach, ci rzucają się z szabelką do Częstochowy, wygrażają pięścią ze wzgórza i lżą, i plują, i zapowiadają więcej zwycięstw, i więcej podbojów. Przypominają mi (z wyglądu tylko, o analogii w naturze politycznej wiele, muszę przyznać, nie myślałam, zresztą daleko mi do historyzmu) szlachtę z tych czasów upojenia się zwycięstwem, taką trochę chamską, trochę wulgarną, ale jednak trzymającą się swojego obalimy!.

Ci, którzy przegrali rzucają się do wydarzeń ostatniej szansy na fejsbuku, zapamiętale wykrzykują, że pamięć jest dla nich nagle najważniejsza, że będą pamiętać i że rozliczą, rozliczą!, bo nie może ujść płazem, że się coś obiecało. Podejrzliwie patrzą spode łba, planują cichaczem ucieczkę do innego kraju, gdzie nie rządzą nasi, czystkę robią wśród znajomych, wieszczą apokalipsę i pakują manatki. Wiele w tym histerii, mało umiaru; jak tamci byli pijani władzą, tak tym opadły chyba ręce (ale nie języki i nie palce biegające po klawiaturze).

Próżno w tym wszystkim szukać rozsądku, a mi rozsądek imponuje, logika mnie uspokaja, byle do przodu, byle równym krokiem. Tymczasem ciężko pływa się w szambie, a z lżenia, plucia i łez potworne się zrobiło w kanale nieskrępowanej ekspresji gównienko. Powiedziałabym może to i dobrze, gdyby dało się z tego wystrugać nadzieję, że poruszenie Polaków przekuje się w większą polityczną świadomość, zainteresowanie publicznymi sprawami, bardziej świadome głosowanie w przyszłości; ale chyba na przerzucaniu się pustymi hasłami się skończy, przechodzi mi przez myśl, kiedy czytam, co się w komentarzach dzieje.

Są tam jakieś łajby dające nadzieję, można — zamiast wybałuszać oczy na zacietrzewienie — poświęcić chwilę na lekturę programu Razem czy zapisać się na webinarium Cohabitatu i przez chwilę poczuć się lepiej, bo są ludzie, którzy biorą się do roboty zamiast mielić jęzorem po próżnicy (mnie to uspokaja, nie muszę się zgadzać z postulatami, zresztą, widzicie chyba, że nie o to mi chodzi, czy się zgadzam, czy nie). Ale to tylko odwracanie oczu od większego problemu, czyli powszechnej, przerażającej niewiary w to, że ktoś może mieć dobre intencje.

Na profilu mojej uczelni pojawił się pod koniec felernego tygodnia cykl grafik, który nie wzbudził w nikim z bodaj dwudziestu osób, które go po drodze widziały większego oporu, nikt się nie rzucił niczym Rejtan, nie rozdarł koszuli w geście rozpaczy: jak możecie coś takiego publikować, to się nie godzi, to koszmar jakiś chyba! Ale wrzucenie tych prostych historyjek w przestrzeń przesiąkniętą jakąś ropą nienawiści skończyło się tak, jak się skończyć musiało, festiwalem obelg, deklaracji o wstydzie, że się tę uczelnię ukończyło i paradą obraźliwych komentarzy na temat koloru koszuli bohatera.

Szłam do pracy z duszą na ramieniu, bo nie wiem, jak się przed taką niewytłumaczalną nienawiścią bronić. Podnosiło mnie tylko na duchu, że nie przewidziałam, bo sama bym tak nie umiała (oby! tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono).

Przeczytałam dziś w porze lunchu w ramach przyzwyczajania się do nowej rzeczywistości wywiad w RP z nowym prezydentem i ciągle miałam gdzieś z tyłu głowy, że nie mogę się nim spokojnie podzielić ze znajomymi, bo znowu znajdę na skrzynce linki z komentarzem to za namawianie do głosowania na sarnę! albo uwagi na temat tego, jak to pewnie, teraz wrzucasz takie linki, a na pewno popierałaś tamtego. I myślałam, mój Boże, jak mi smutno, że tak myślę o ludziach, z którymi publicznie deklaruję fejsbukową znajomość, jak mi smutno, że się boję, że wycelują we mnie rakiety za coś tak nieszkodliwego.

W ogóle boję się ludzi ostatnio coraz bardziej, czuję wzrost agresji jako takiej dookoła i przekłada się na to wzrost lęku; zawsze wiedziałam, że jestem na to podatna, ale nie sądziłam, że aż tak. Teraz myślę, że ten lęk zakorzenił się gdzieś mocno we mnie i już sam sobie rośnie, podlewany obficie nagłówkami w prasie, którą z jakiegoś powodu jeszcze czytam. Szukam sobie spokojnego lokum, gdzie będę tylko ja i mój agresywny też ostatnio kot, kwiaty na balkonie, cisza w południe w sobotę i okna na podwórko. Lektura przewodnika po Islandii, planowanie tej kolejnej na koniec świata wyprawy, fantazje o oderwaniu się od sieci, od ludzi plujących jadem i a nie mówiłam, od wiadomości na fejsbuku w sprawach, do jakich wolałabym fejsbuka nie używać, wspomnienie pustych pól lawy i wywiewającego wszelkie myśli z głowy wiatru: to mi daje spokój, choć chyba tylko na chwilę.