Amalgamat

Budzik dzwoni pierwszy raz o 6:30. Ignoruję, przewracam się na drugi bok, zauważam, czy słońca wpada szeroko przez okno bez firanki, czy leje z ciężkich chmur. Kot zeskakuje z szafy, robiąc przy tym za dużo hałasu.

6:43. Przeciągam się, już niewiele zostało strzępów snu, które dokumentnie rozwalają mi gospodarkę hormonalną w zakresie (przynajmniej) melatoniny.

7:00. Nie ma dźwięku budzika, ale telefon brzęczy raz, bo przypomina mi o tabletce, którą trzeba popić szklanką wody dwadzieścia minut przed śniadaniem. Brzęknie jeszcze za dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści minut, a w międzyczasie budziki numer 7:07 i 7:13.

Zwlekam się, myję, odziewam, dorzucam kotu suchego i wychodzę. Zapominam o tabletce.

Jest 7:34, za trzy minuty odjedzie ostatni tramwaj, który dowozi mnie do biura na czas, wbijam się, ludzie stoją jak na złość w drzwiach, a dalej jest jeszcze tyle, tyle miejsca. Jedziemy. Kątem oka widzę go, koszmar z poprzedniego życia, ale udaję, że niczego, nikogo nie zauważyłam. Na przystanku wysiadam innymi drzwiami i nie odwracam się, żeby nie musieć walczyć z grymasem, kiedy mi pomacha. Jak gdyby nigdy nic się wydarzyło (potem napiszę o tym maila, którego nie wyślę; ale boję się jeździć tym tramwajem, spóźniam się na niego, chodzę Łobzowską).

Piję pierwszą kawę, obiecuję sobie, że jedyną (robię słabą, zalewam mlekiem, przypadkiem kupiłam za duży kubek i kawa zawsze stygnie nim dojdę do dwóch trzecich). Sprawdzam maila, układam tabelkę na dziś i na jutro. W przerwie z aptekarską dokładnością spisuję wydatki do aplikacji i wzdycham ciężko nad słaniającym się postanowieniem noworocznym (ale karta kredytowa jednak znikęła z wykazu usług w koncie, myślałam już, że system o mnie zapomniał). Spotkanie. Projekt. Tak, mam zdanie na ten temat. Nie, nie sądzę, żeby to miało jakieś znaczenie. Tak, wyślę maila. Nie, nie ma tego w kalendarzu. Tak, mogę cię przeszkolić robiąc sobie kawę. Co, zamówimy obiad? Dobrze, będzie na jutro, dziś nie mam czasu go zjeść. Tłumaczę jak szatan. Kupuję lepiej izolujące hałas słuchawki.

Jadę do lekarza. Utknęłam w kolejce na dwie godziny, nerwowo sprawdzam służbowy telefon, zdenerwują się już czy jeszcze nie? Powtarzam słówka w aplikacji w telefonie, łapię się na tym, że ciągle skupiam się na czytaniu zamiast zapamiętywać, co znaczą złożenia, jakbym nie mogła przełączyć guziczka w głowie. Lekarz stuka, puka, naciska, każe się schylić, podskoczyć, położyć. Pisze długo w komputerze, odbiera telefon. Wysyła na następne badanie. Wzdycham, w rejestracji mówią, że po szesnastej to na pewno nie, ale przecież przysługuje zwolnienie.

Biegnę z za ciężką torebką do kawiarni. Przez chwilę wydaje mi się, że może jednak wezmę herbatę, ale łamię się, idzie druga kawa. Przy kawie odbieram wiadomości, sprawdzam kalendarz. Umawiam się na spotkanie w sprawie strony, z której administrowaniem rozstaję się już od roku. Zastanawiam się, czy zmieszczę jeszcze jeden projekt między wtorkiem i piątkiem, a przecież pyta ktoś, komu nie mówi się nie. Montuję prezentację na zajęcia, martwię się, czy wypełnię półtorej godziny, czy zmieszczę się w półtorej godziny. W uszach brzmią uwagi z hospitacji, myślę, czy potrafię je gdzieś wkomponować. Podobno zadaję nudne teksty.

Kupuję książkę, chowam ją do torebki, czytam pierwszy rozdział w tramwaju. Jestem na pierwszym piętrze, kot miauczy, choć ma pełno karmy, chce mi zasnąć na nosie, ślini mi spodnie. Rozkładam laptopa, już za późno na obiad, mam wrażenie, że nie byłam w kuchni od miesiąca. Odsmażam chleb, rozmrażam gołąbek od mamy, w tle serial, ale taki krótki, wiesz, żebym nie musiała myśleć. Przeglądam fejsa (znów), w drugim oknie otwarty Pegaz, ściągam zadanie zaliczeniowe i przeliczam wyrazy na minuty pozostałe do końca terminu. Tłumaczę półautomatycznie i zastanawiam się, czy mogę odpuścić zajęcia w najbliższy piątek (nie mogę, przecież nigdy nie mogę).

Przenoszę się na łóżko, bo nie mogę już dłużej siedzieć, choć leżenie też nie bardzo pomaga. Biorę prysznic, nie myję włosów, żeby nie spać w mokrych (wstanę wcześniej), wkładam dres. Jeszcze tylko pięć slajdów, trzy filmiki do końca kursu na platformie Stanforda, pół strony tłumaczenia. Jutro na ósmą. Nie umiem znaleźć w kalendarzu chwili na wizytę w pracowni, nie chcę pisać żadnych artykułów, nie chcę nawet poruszać tego tematu. Trzeba wyszukać książki do kupienia z grantu, zrobię to jutro w przerwie na lunch. Mija pora, o której rozsądnie powinnam się już położyć.

22:30. Dzwoni: przyjedź, jest pizza. Jadę. Wszystko mam w plecaku.

Nie bądź taka smutna.