Nie odchodź

Są tematy, do których można się zabierać dłuższą chwilę, a i tak nie znajduje się właściwych słów. Może dlatego, że takich nie ma.

Ale w tym roku sprawy potoczyły się tak, że nie umiem chyba dłużej nic nie mówić i po prostu siedzieć cicho, patrzeć w okno i udawać, że te różne drobne i większe rzeczy, które robię są ważniejsze i mogą zagłuszyć ciszę, od której nie ma ucieczki (choć może, paradoksalnie, takie właśnie są).

Jak o tym pisać, żeby nie brzmieć melodramatycznie? I dlaczego właściwie brzmienie melodramatycznie jest takie strasznie złe?

W ciągu kilku miesięcy dwie osoby, które znałam – bliżej czy słabiej – zdecydowały już dłużej nie walczyć, nie znosić pustki czy poczucia bezradności, czy nagłego ataku dorosłości. Odejść.

(Komu z nas nigdy nie przeszło to przez myśl?)

Wydaje się wtedy, że przecież nic się nie stanie. Że to moje życie, moje prawo. Że nie jestem osobą dość ważną, żeby ktoś to zauważył, a nawet jeśli zauważy – to przecież szybko zapomni. Obraz się zatrze, smutek przeminie, świat będzie się miał lepiej. Ja: zasnę, odpocznę, nie będę się dłużej szarpać. Tak będzie łatwiej.

(Nie wiem, czy jest łatwiej. Nie wiem, co naprawdę popycha. Chcę tylko mówić jako ta, która tu zostaje.)

Nie trzeba kogoś blisko znać, żeby odczuć stratę bardzo boleśnie. Nie chcę udawać, że wiem, jak to jest stracić kogoś, kto był kimś bliższym niż znajomy, dalszy znajomy, bo nie wiem. Pięć etapów żałoby i koniec? To chyba nie jest takie proste.

Nie odchodź.

Może przychodzi myśl, że śmierć nie będzie miała na nikogo wpływu? Będzie miała wpływ na dziesiątki ludzi, nawet na tych, których nigdy nie będziesz o to podejrzewać. Ktoś poczuje smutek, ktoś inny poczuje się usprawiedliwiony w podobnej decyzji, jeszcze innego ogarnie złość na twoją słabość; ale nie będzie obojętnych.

Tylko ciebie tu nie będzie, żeby się o tym przekonać.

Zostaną niezałatwione sprawy, które ktoś inny załatwi, okoliczności nie do naprawienia (i ta absurdalna myśl: „a gdyby tak zrobił to miesiąc później”, „a gdyby tak najpierw to czy tamto ogarnęła”), ludzie z wyrzutem do końca życia (i nieważne, że ty powiesz: „to nie wasza wina, to ja”, bo poczucie odpowiedzialności jest silniejsze niż jakiekolwiek deklaracje), wynajęte mieszkania, porzucone zwierzęta i pokój, którego układu nikt nie będzie miał odwagi zmienić. I ten szereg ludzi, którzy nagle odkryją, że znali rozwiązanie, mogli pomóc, tylko nie wiedzieli, że trzeba było, bo nikt im nie powiedział; bo pomyśleli, że to nic takiego; bo nie było czego zauważyć. Bezsilność. I to, że nie można zrozumieć.

(„Nie znasz mnie, ze mną będzie inaczej, ludzie, o których piszesz mieli przyjaciół, ja nie mam.” Nie będzie z tobą inaczej, wbij to sobie do głowy, choćbyś w to nie wierzył, choćbyś w to nie wierzyła.)

Mówi się (czytaj: ktoś w sieci mówi), że w tych czasach wszyscy chorujemy na depresję. Od nastolatka piszącego bloga po nocach po samotną starszą osobę. Ten ładny, cichy chłopiec. Ta zdolna, cicha dziewczyna. Z rzadka – to przykłady z rodzaju tych budujących – ktoś się przyzna, pójdzie po pomoc do lekarza czy terapeuty, opowie o tym, co przeszedł i jak jest po drugiej stronie. Częściej (Boże, jak często) przyznajemy się tylko pół żartem przy kawie, piwie, w rozmowie na czacie: chyba coś ze mną jest nie tak. Zaraz się wycofując. Urządzając przerysowany spektakl, żeby przypadkiem ktoś nie potraktował nas poważnie, bo wtedy my będziemy musieli potraktować to poważnie. Niepewni, spodziewający się zbagatelizowania, odtrącenia, przekonani, że to tylko nasz problem i nikt nie może nam pomóc.

Nikt nie jest samotną wyspą.

PS I jeszcze chcę słowo o ludziach, którzy grożą bezmyślnie, że się zabiją. Dziewczyna mnie rzuci, to się zabiję. Zwolnią mnie z pracy, to się zabiję.

Nie wiecie, o czym mówicie.

(Autor: Onlysilence (praca własna) [CC BY-SA 4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], Wikimedia Commons)

  • Pstrokata

    „już nigdy” to naprawdę strasznie długo. I wydaje mi się, że bolesne jest to, jakby faktycznie świat nie zauważał i biegł dalej, a jednak: „nie pierwszy raz przecież jest słońce tak nisko, choć nic się nie stało, to stało się wszystko”.