Po co to, na co to komu?

Z cyklu: lanie frustracji.

Konia z rzędem temu, kto nie przechodził klasycznego kryzysu robienia w humanistyce.

Mój promotor lubi mawiać tak studentkom: po co przygotowujemy edycje naukowe tekstów, po co badamy książki? Bo są. Budzi to uśmiech na twarzach nieśmiałych lub śmiałych (zależy od zajęć) humanistek, poprawia samopoczucie, daje myśl o celu, sensie, zasadności siedzenia tu, słuchania o tym, czytania o tamtym, płodzenia prac i artykułów. Skoro usensownia sam fakt istnienia przedmiotu badań, to przecież moja praca nie może być bez sensu?

Wiecie, jak mi tęskno do świata, w którym ludzie zajmują się rzeczami, bo one ich interesują, a nie dlatego, że są i należy się nimi zająć?

Siedzę już jakiś czas i próbuję sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni coś mnie interesowało. To chyba był czas licencjatu i mój Wielki Bulwers na pracę habilitacyjną pewnej pani o e-bookach, która jakoś tam wpadła mi w ręce i wywołała we mnie tak silny sprzeciw wobec miernoty, że spróbowałam napisać coś, w czym pokazałabym, jak to się robi. Co tam z tego wyszło, to chyba niezbyt ważne, chociaż powieszona w internetach praca wraca do mnie od czasu od czasu, wczoraj Bogo nawet mówił mi, że ktoś mu ją podesłał, no siedem światów.

A od tamtej pory co? Magisterium staropolskie zrobiłam niewiemjakniewiemczemu. Może z braku innych zainteresowań pasujących do profilu uparcie ciągniętych studiów. Człowiek młody, głupi, nie rozumie, że szkoda życia na zajmowanie się czymś, co nie jest interesujące (trudno, nie było, ale cokolwiek robisz, rób to dobrze).

I teraz ten doktorat, ten punkt dojścia, ten święty graal, ta chwila, kiedy wolno będzie zajmować się czymś wreszcie ciekawym, wreszcie swoim, wreszcie z czystego zainteresowania tematem. A tymczasem? A tymczasem biegam po dziekanatach, działach finansowych, wyjaśniam, czym się różni narzut od kosztu pośredniego, kto co od czego bezprawnie odejmuje, pokątnie się dowiaduję, jakie są zapisy w umowie i kto kogo oszukuje w tym interesie. Po roku dowiaduję się, jakiego rzędu wynagrodzenie mam szansę (nie: gwarancję) otrzymać i że pracy ma być jeszcze więcej (!). Nawet nie mówię, że chce mi się płakać, bo po prostu zaczynają mi łzy same lecieć z oczu, kiedy dociera do mnie, jak wielkim frajerem okazuje się człowiek dający za duży kredyt zaufania (m.in. = ja) i jak trudno jest się z ambarasu wyplątać. Nikt nie lubi, kiedy się z niego śmieją. Ja mam alergię na niekompetencję.

I siadam na tych zajęciach wczoraj nawet pełna dobrej woli, po czym słyszę, jak to na początku nowych zajęć, litanię zakresów i tematów rozpraw doktorskich moich współstudentek i współstudentów i nie wiem, śmiać się czy płakać? To niemożliwe, myślę sobie, że to są zagadnienia, które w młodych ludziach wzbudzają jakąś pasję zgłębiania; to niemożliwe absolutnie, że chcą z tym tematem być kojarzeni już zawsze; to niemożliwe wreszcie, że im się wydaje, że to są rozprawy, na podstawie których ktoś im da stopień w dyscyplinie literaturoznawstwa (a tylko w tej dyscyplinie stopień dostać na tym wydziale mogą (bo nie są językoznawcami)! do kulturoznawstwa chociażby wydział nie ma uprawnień! ale co tam polonistów obchodzą przepisy, w końcu jestem towarzyskim freakiem, że zwracam na nie uwagę, im wolno wszystko, tak jak architektom zgłaszać się do konkursów jako humaniści). I tracę wiarę, nadzieję i miłość w te studia i w sens tego wszystkiego, i czuję się, jak pacjent w domu wariatów.

Zatem kryzys. Czym się objawiający? A wstrętem do wszystkiego, co akademickie. Czytać nie, pisać nie (Boże! nie pamiętam, kiedy ostatnio napisałam coś, co nie było pracą zaliczeniową), konferencje nie, siedzieć w pracowni nie, prowadzić zajęcia lepiej nie. Rekrutować straceńców: no, może, przynajmniej ci w naukach przyrodniczych dostaną jakieś stypendia i będą mieli szansę żyć godnie.

Przecież ja nie jestem literaturoznawcą, ja tego nie lubię, mnie to nie interesuje, na Boga. Po co to komu! Ja nie chcę o tym słuchać, a co dopiero mówić, pisać, bronić o tym rozprawy!

Rozpisuję konkurs na inny pomysł na siebie.

Na koniec oddam sprawiedliwość okolicznościom mającym niewątpliwie wpływ na mój stan psychiczny, bez których może byłabym trochę bardziej zen, a mianowicie: stale wiercący w ścianie sąsiad (to już dwa tygodnie), miauczący bez wytchnienia nocami kot (od wyprowadzki mojej siostry nic jej nie koi), nieustający ból pleców od stałego siedzenia przy pracy i przy nauce.