It’s not you, OFF, it’s me

Lubię w towarzystwie moich znajomych przywoływać anegdotę o tym, jak to podczas porządków znalazłam gdzieś w papierach karnet na pierwszy OFF Festival w Mysłowicach. 20 złotych!, mówię z wyćwiczonym zdumieniem w głosie, potwierdzam fotografią. Tak, tak, myślę w duchu, wiedzcie, że my to jeździli na Śląsk od samego początku, a wy, podszywacze, pewnie nie wiedziecie nawet, że to nie zawsze było w Kato. (Nawet mnie jeden warszawiak w tym roku zagadnął, myśląc, że zadziwi, czy wiem, gdzie sa Mysłowice.) I opaska była papierowa: też między papierami się zachowała; żółta. Już nie pamiętam, skąd się o festiwalu dowiedzieliśmy, wakacje w drugiej licealnej, ale kołacze mi się, że chyba z lokalnej gazety.

Nie ma się zresztą, mówiąc szczerze, czym chwalić, bo poza tym, żeśmy tam byli, wiele dobrego nie widzieliśmy. Przeszły nam koło nosa, niezauważone, koncerty takich, cośmy ich potem, gdzieś na studiach, słuchali po nocach. Na drugą edycję nawet się nie pofatygowałam, bo nie było w zestawie ani jednego zespołu, który bym kojarzyła. A potem przyszły kolejne lata: jedno podejście do spania na polu (nigdy więcej, mokro, zimno, spać nie idzie wśród terroru, a ja jednak lubię spanie), wakacyjne miłostki na pustym peronie, znajomi grający na plażowej scenie, kupienie jednodniówki na zły dzień, przyjaźnie z lasta i ewoluujące przez lata recki w komentarzach, od szczegółowych opisów wszystkich okoliczności i koncertów po lakoniczny podział na spoko i raczej nie.

Pamiętam czas, kiedy dowcipkowaliśmy sobie, że Rojek niektóre zespoły zaprasza, żeby przyjechali łudstokowicze i zapłacili za karnet na Lao Che, żebyśmy my – mistrzowie wysublimowanego hipsterstwa – mogli słuchać niszy, na którą nikt specjalnie na Śląsk nie przyjedzie. Zresztą, już drugi albo trzeci rok z rzędu OFF jest w ten sam weekend, co Woodstock, więc się tłumy nie mieszają i któs jednak za tę niszę chce zapłacić, mimo wszystko.

Kupiłam w tym roku karnet już w styczniu, bo taniej, bo wiem, że jak OFF, to ja do Kato pewnikiem, wolne od lutego wpisane w plan urlopów (tak, to już ten moment życia, że trzeba brać urlop na wakacyjny festiwal). Przyszedł sierpień, wszystko na swoim miejscu, wyspać się na zapas w piątek, spakować plecak i w drogę, ignorując znaki, że coś się zmieniło, że coś jest inaczej niż zawsze.

Znak pierwszy: kalosze

A raczej ich brak. Po raz pierwszy przyszło mi bowiem do głowy, że praktyczniej – choć mniej stylowo – wziąć trepy, te co w Beskidy, bo mniej zajmą miejsca w plecaku, a nocą będzie w nich cieplej i z błotem lepiej sobie poradzą. Tylko co do tych trepów? Z jednej strony, wiadomo, szorty dżinsowe, tu nie ma się co zastanawiać, ale cóż, jeśli jednak będzie zimno? Wrzuciłam w ostatniej chwili jakieś luźne dżinsy, za nimi sandały, choć czułam, że jednak się nie przydadzą (i źle czułam). Z tego zastanawiania się niewiele czasu zostało mi na wybór tiszertów, więc poszły pierwsze lepsze; może nawet powinnam to potraktować jako znak drugi? Żadnego przekazu na koszulce, żadnego pomyślunku w wizerunku.

A i tak, niczym kibice ŁKS-u, ubierałam się nieadekwatnie do pogody.

Znak drugi: bezśpiech

Spieszyłam się na dworzec raczej dlatego, że po dwunastej odchodził pociąg do Warszawy (nie ma tu nic do interpretowania, to powody czysto moje); bo przecież coś do Kato jedzie co chwila z Krakowa i nawet nie myślałam, o której powinnam wyjechać, żeby na miejscu być o odpowiedniej porze. Nie przeszło mi przez myśl, że może bilet potrzebowałabym kupić z wyprzedzeniem (to zupełnie do mnie niepodobne, czego wiedzieć nie musicie). Do tego w pekaesie do Katowic więcej hanysów niż skandynawskich hipsterów, przez co zastanowiłam przez chwilę, czy nie pomyliły mi się weekendy i czy w dobrą stronę jadę.

W samych Katowicach chyba czterdzieści minut zajęło mi zrozumienie trasy, którą pokazał mi Google Maps; potem droga na Ligotę, pół Katowic zjechałam, przeszło mi nawet przez myśl, żeby przejść się piechotą, nim przypadkiem odkryłam istnienie autobusu 51. Swoją drogą, potwornie bogaty w pasiaste owady ten lasek, przez który prowadzi ścieżka do akademików, nie mówiąc już o cieniach potencjalnych gwałcicieli.

Tak czy inaczej, nie spieszyło mi się ani na festiwal, ani na kolejne koncerty; spieszyło mi się za to do spania, do tego stopnia, że odpuściłam koncert uznany chyba zgodnie przez różnorakich relacjonujących na blogach i  portalach za jeden z najważniejszych / najlepszych w historii całego festiwalu, a ostatniego dnia uciekłam przed Belle and Sebastian.

Znak trzeci: czytadła

Otóż widzicie, nie jestem zaangażowana politycznie (tak mi się wydaje) i nie jestem jednak szczególnie wojująco lewicowa czy feministyczna. Ale Krytyka Polityczna sprzedawała książki tak tanio, że zamiast obciąć się modnie i hipstersko u Pana Szabelki, kupiłam Przewodnik po serialach i dwie książeczki z Serii z Różą (Luksemburg). Po czym czytałam je cały festiwal. I jeszcze zostało mi na oranżadkę.

Znak czwarty: Twitter umarł

Dzielę z Piotrem pewną cechę, do której głośno rzadko się przyznaję, ale ludzie i tak wiedzą, mianowicie: kiedy przyjdzie do wydarzenia, dostaję social-medialnego słowotoku. Ten widoczek idzie na instagrama, o każdym koncercie trzeba napisać tweeta, a ta myśl jest tak błyskotliwa, że zasłużyła na fejsa. Prawdę mówiąc, poza wydarzeniami nie mam szczególnej potrzeby ni ochoty zaglądać na Twittera już od dłuższego czasu. A tu w tym roku z prawdziwym zdziwieniem odkryłam, że nie tylko ja. Cisza w eterze. Z hasztaga wieje nudą.

Cywilizacja obrazkowa, lajki siedzą na Instagramie.

Znak piąty: nuda, blaga, okolice

kosze

Patrzyłam czasem na kosze na śmieci, bo pochwalili się w książeczce, że segregują i nagrody za to zgarniają; a skoro oni segregują, to segreguję i ja, choćbym o tym nie wiedziała. I zastanowił mnie system identyfikacji tych cudnych, kartonowych koszy (nawiasem, myślałam nawet przez chwilę, że to element stylu eko – ekipa porządkowa po prostu zgarnia kosz i sru do recyklingu — ale jednak nie, wymieniali w nich plastikowe worki). W mojej głowie ta historia wygląda tak:

— Zenek, trzeba kosze opisać. Zrób na szkło, plastik, papier i organiczne, co?

I Zenek robi: kieliszek, butelkę, zeszyt i ogryzek. Klient zadowolony.

A na festiwalu stoi skonsternowany meloman, bo ma w ręku papierowy talerz po pierogach, papierowy kubek po oranżadzie, plastikowy kieliszek po winie i szklaną butelkę z piwa. I co teraz?

Siedząc na trawie, patrzę, co mnie mija. Parada converse’ów, większość czerwona albo w tym śmiesznym kremowym odcieniu, dużo chińskich trampek, nie ma vansów. Sandałki w różnych kolorach i kształtach, turystyczne, beżowe ze skórki, jezusowy krój z Jerozolimy, plecione po rzymsku, zapinane na rzepy. Nike’i w setkach odcieni i kształtów, czeszki, białe tenisówki z haemu, japonki, też męskie, ale z rzadka, jedne czarne crocsy nie u dziecka, baleriny w wężową skórkę. Nie widziałam glanów, ale ktoś szedł boso.

Boję się spotkać znajomych, bo na pewno zapytają, co tam dobrego słyszałam i co ja im wtedy powiem? Na szczęście oni też się czują raczej na meh.

W sobotę pierwszy interesujący koncert usłyszałam o 21. Ale zjadłam wcześniej wegańskie lody, więc coś tam się może we mnie od tego odmieniło.

Znak szósty: czyj to koncert?

Jeśli muszę sprawdzać w książeczce, na jakich koncertach byłam, bo już po godzinie nie kojarzę, co i jak mi dźwięczało w uchu, to znak, że coś jest nie tak. Bez zaglądania pamiętam tylko to, co mnie oderwało od Przewodnika i Wolnych (takie przyjęłam sobie robocze kryterium): Michael Rother grający Neu! i Harmonię, Chelsea Wolfe i The Notwist, ostatniego dnia Stefan Wesołowski, Slowdive. Ale nie zrozumcie mnie źle, ja się nie chcę znać na muzyce, ekspercić czy się kłócić, koncerty często były przyjemne, wiecie, siedzenie na trawie, miłe dźwięki łaskoczą w ucho, tło do czytania przednie; tylko nic do zapamiętania. Wszystko brzmi bardzo podobnie.

Siedziałam na chodniku przy samej Eksperymentalnej i patrzyłam, jak dobre dźwięki Stefana przyciągają ludzi jak magnes, ciągną jak muchy do miodu, dalej od ryków Perfect Pussy, blisko tego polskiego Ólafura Arnaldsa, jakby ich ktoś hipnotyzował. Po dwudziestu minutach chodnikiem nie można było przejść; nie widziałam, żeby ktoś wychodził.

Piszę, a pan obok, rzucający przypadkiem chusteczkę na moje kolano, mówi: sorry, że przeszkadzamy w pisaniu pracy licencjackiej.

OFF Festival 2014, Katowice 1–3.08.2014: The Dumplings | Kaseciarz | Los Campesinos! | Lyla Foy | Kobiety | Perfume Genius | Black Lips | Michael Rother (Neu!, Harmonia) | L.A.S. | Jerz Igor | Hookworms | Variété | Mister D | Chelsea Wolfe | The Notwist |  Jerusalem in My Heart | Noon | The Jesus and Mary Chain | Die Flöte | Patrick the Pan | Hatti Vatti | Eric Shoves Them In His Pockets | Stefan Wesołowski | Evan Ziporyn | Andrew C.K. | Król | Nisennenmondai | Artur Rojek | Slowdive | Fuck Buttons