Expectations vs reality

Jak na człowieka, który uparcie czepia się słów, z wielką trudnością przychodzi mi pisanie prac zaliczenionych i wszelkich materiałów zleconych i zlecanych. Nie działają metody intuicyjne: dajcie mi dłuższy deadline, dajcie mi krótszy deadline, pozwólcie pisać o tym, na czym się znam, rzućcie mnie na głęboką wodę. Teraz morduję się nad lekturą interesującej skądinąd książki, bo trzeba z niej wycisnąć zaliczenie seminarium dla dyskursantów. Mam w głowie taką wizję, że siedzę z tą książką w bezczasie, w fotelu, i palę przy niej papierosa, bo to tak literacko, zamyślając się głęboko a uczenie, a potem siadam do maszyny do pisania i powoli wystukuję krótki acz genialny, rzecz jasna, kąśliwy komentarz.

Tymczasem lektura upływa mi w podkołdrzu, gdzie więzi mnie cierpiący, śpiący na krawędzi pościeli kot, którego boję się ruszyć, bo przecież rekonwalescentka ma prawo leżeć, gdzie jej się żywnie podoba i nic mi do tego (dziadowski bicz). Ciągle chce mi się kawy albo herbaty, albo ciastka, a tak naprawdę to cukru, rozpaczliwie pragnę cukru, bo temu skazanemu na porażkę mózgowiu wydaje się, że jak podniosę sobie poziom tegoż we krwi, to będzie lepiej. Nie będzie, za to leżeć dalej będzie ciężej, bo metabolizm zakłóci procesy myślowe.

Za to, ku memu zdziwieniu, mimo nasycenia Rortym, Kristevą, Kantem, Freudem, Nietzschem i czym tam jeszcze, wzbudza we mnie ta lektura nawet jakieś refleksje (choć nie doszła jeszcze do dekonstrukcji uniwersytetu). Przyrównuję się do różnych humanistycznych modeli opisywanych strzępkami idei i myślę sobie, gdzie by mi było dobrze. (Może jeśli sobie człowiek wyobrazi, gdzie mu będzie dobrze, to szansa wzrośnie, że się dobrze poczuje w uprawianiu tej nie-nauki niewdzięcznej?) I jakoś tak ostatnio wzbiera we mnie rebelia wobec tych wartości, ha, humanistycznych, jak się okazuje, którem wyznawała twardo od wieków niemowlęcych bodaj, bo mi w nich było wygodnie. Że jak badacz jest człowiekiem, to nauka musi być subiektywna, bo człowiek bez swojej subiektywności nie ma racji bytu, a nie da się być badaczem i przestać na ten czas być człowiekiem, bo życie to nie bajka. Że jak wniosków wyciąganie z badań na próbie jakiejś, to można li i jedynie na temat tej próby wnioskować, a uogólnianie jest tylko umawianiem się, że tu oto zgadywanie będziemy traktować jak prawdę (i dlatego buntuje się moje jestestwo przeciw badaniom na piętnastu osobach, nieważne, czego by się nie badało; bo zbadało się piętnaście osób tak czy inaczej, a przecież matematyka mówi, że mogło to być piętnaście wyjątków od reguł rządzących ludzkością; tak, puszczam tu oko, już nie bierzcie internetów tak poważnie).

A tymczasem wobec tego partykularyzmu czy tam relatywizmu, jak mi już przypinano łatkę przy jakichś tam okazjach, kiedy czytam, że humanistyka musi być partykularna i na tym się jej humanistyczność zasadza, i tylko w tym humanistyka może istnieć, że nie uogólni, bo jak, do czego uogólnić jednostkowe doświadczenie – to mi się włącza tęsknota za wnioskami ze statystyk i tą pewnością, jaką się czasem ma, jak to, co się robi da się poprzeć czymś zewnętrznym wobec układu ja–tekst.

I taka jestem wątła, niebaczna, rozdwojona w sobie.

No ale już abstrahując, to nie ma przecież większego znaczenia. Jest powód, dla którego zajęłam się twardą materią książek (którą można komuś guza nabić, tak). Mogę zważyć, zmierzyć, porównać i udawać, że można z tego wyciągać wnioski dla literatury.