Ho, ho, ho

Mojej rodzinie we wzajemnych kontaktach wywraca się składnia do góry nogami. Jakby budził się jakiś gen inwersji, przekazywany w każdej z rodzinnych gałęzi z niemal stuprocentową skutecznością. Zdania wypowiada się prawie od końca, akcentując pierwsze słowo na trzeciej sylabie, jodłując na samogłoskach, upraszczając grupy spółgłoskowe, gubiąc wszelkie małopolskie naleciałości i wracając do pierwotnych dolnośląskich osobliwości.

Mama śmieje się ze mnie, kiedy wracam z tygodnia spędzonego na wioskach. Zaciągasz, mówi, kręcąc głową. Sama zaciąga bardziej nawet niż ja, co całkiem zrozumiałe, wciskając zieloną słuchawkę w Skype i łącząc się z Jelczem czy tą mieściną w zachodnich Niemczech, której nazwy nie umiem zapamiętać.

W święta następuje dokładny podział terytorium. Tata zajmuje łazienkę, gdzie dokonuje się rytuał sprawiania ryb (zapominamy na chwilę, że to tam znika na kilka godzin kosz na śmieci i dopiero wtedy orientujemy się wszystkie, jak potrzebny to niepozorny przedmiot). Mój jest kuchenny stół ze stolnicą, miskami z farszem i szklankami do wycinania w różnych rozmiarach. Mama nie wpuszcza nikogo do kuchni, żonglując naczyniami, od czasu do czasu czyniąc tylko zlew przestrzenią eksterytorialną, żeby ktoś mógł pozmywać. Resztą – choinką, sprzątaniem – zajmuje się czwarty domownik, na spółkę ze sprawiaczem ryb, kiedy te już trafią na patelnię.

I tak przez dwa dni. Tylko kot może przekraczać granice, jak mu się podoba, ale nie ma ochoty, bo leży na oparciu fotela jak gdyby nigdy nie leżała nigdzie indziej i ruszać się nie miała zamiaru. Do misek i garnków, ku zdziwieniu mamy, nie zagląda.

W zasadzie na tym mogłoby się dla mnie to wszystko skończyć, ale jeszcze trzeba siąść przy stole i rozmawiać. Pół godziny zabawiania towarzystwa, akurat przy deserze siada mi energia (mama mówi, że to dlatego, że nie wzięłam tabletki). A to pechowo, bo przecież najpodstępniejszy z momentów zbliża się nieubłaganie, to tu właśnie siła woli potrzebna jak nigdy, bo oto przychodzi do otwierania prezentów, więc radość, szczęście na twarzy i nie trzeba było.

Zbieramy papiery, niech kot ma uciechę w te święta, kładziemy się i sięgnął by już człowiek po narzędzie do łączenia się z drugim końcem Polski, ale jeszcze nie wypada. Jeszcze może w skrable, może w cyferki, może w budowanie miasta zagrać. Nagle pół do północy. Choinki nie gasimy.

Kot przytulił się do plastikowego pieńka i śpi tak, szkoda ruszać. Przyprawmy mu kokardkę.