I znowu zielona opaska (OFF Festival 2013)

Co powinniście wiedzieć, zanim zaczniecie czytać dalej

Jeżdżę na OFF Festival co roku, od pierwszej edycji w 2006 (nie byłam tylko w 2007), przynajmniej na jeden dzień. Nie słucham zespołów przed przyjazdem (w tym roku chciałam zrobić wyjątek i nawet przygotowałam sobie playlistę w Spotify, której… nie miałam czasu przesłuchać) i na bieżąco spisuję wrażenia na twitterze. Wyjazd na OFFa to mój jeden prawdziwy weekend wakacji! W tym roku pierwszy raz zrobiłam sobie prezent w postaci czterodniowego karnetu i wybrałam się też na bifor.

Dzień 0: A Band of Buriers, Patrick Wolf

Dalej nie wiem, gdzie dokładnie jest KATO.bar, całe szczęście, że Centrum Kultury Katowice i Hipnoza są drzwi w drzwi i jak już trafi się na plac Sejmu Śląskiego, to trudno się zgubić w drodze z jednego koncertu na drugi. Muszę przyznać, że Daniel Higgs był dla mnie zbyt alternatywny; nigdy nie byłam wielką fanką world music (a tak to brzmiało) i po pięciu minutach stania w tłumie postanowiłam sobie odpuścić. W ten sposób ominęłam też, niestety, koncert The Skull Defects, ale jako że to normalna sprawa na festiwalu, cieszyłam się udanymi występami A Band of Buriers i Patricka Wolfa.

Nie przepadam za koncertami w salach widowiskowych (czy jakkolwiek nazwać te audytoria w centrach kultury), gdzie nie można potańczyć, jeśli ma się na to ochotę; szczęśliwie muzyka obu wykonawców pasowała do okoliczności.

A Band of Buriers (GB)

Z tego, co wyczytałam w festiwalowej książeczce, wokalista jest poetą recytującymi swoje dzieła do muzyki granej przez towarzyszący zespół. Przyjęłam ten opis z zainteresowaniem; a potem przyszło do słuchania. Pierwsze wrażenie? Byłam oczarowana. Głos wokalisty jest jednocześnie hipnotyzujący i drażniący. Wolę, kiedy śpiewa niż rapuje; jak się okazuje, wolę też nie wiedzieć, o czym są te kawałki – kiedy ze sceny padło wprost, że niektóre piosenki są poświęcone Tupacowi, odbierałam je zdecydowanie gorzej. Suma sumarum, mimo suszy płynącej z widowni, koncert był bardzo w porządku, polecam.

Patrick Wolf (GB)

Pora na wyznanie: nie znałam Patricka Wolfa przed tym koncertem. Znaczy, wiecie, kojarzyłam niektóre kawałki gdzieś, skądś; ale nigdy nie przesłuchałam w całości żadnej z płyt, gdzie mi tam do fanki. Tych na szczęście było na koncercie sporo, więc myślę, że Patrick był zadowolony. Po zupełnie bezpretensjonalnych A Band of Buriers Patrick wyglądał mi w pierwszej chwili na nieznośną divę i spodziewałam się, że będzie mi to rzutować na odbiór koncertu; całe szczęście, że jest absolutnie niesamowitym wykonawcą. Co roku przekonuję się coraz boleśniej, że nie lubię, kiedy artyści opowiadają o tle powstania wykonywanych piosenek, zwłaszcza, że te anedgoty nie mają zwykle żadnego związku z tym, jak odbieram tę muzykę (śmierć autora!). Ale kiedy Patrick opowiada historię House po to, żeby wyjaśnić, czemu nie jest w stanie tego wykonać, bardziej mnie to bawi niż irytuje. Szczególnie, że – jak na Anglika przystało – kiedy tylko przestał śpiewać i zaczął gadać do mikrofonu, natychmiast stał się komikiem. Nie tylko poznaliśmy więc historię niektórych piosenek; życie niektórych fanek nabrało sensu i blasku w chwili, kiedy Patrick postanowił zaprosić je na scenę do wspólnego śpiewania. I choć uszy bolały, to przyjemnie się patrzyło na tę radość :-). (Polecam wspominanie koncertu przez pryzmat tej przyjemnej relacji).

Dzień pierwszy: Fuka Lata, Stara Rzeka, Drekoty, Hera, Mikal Cronin, Woods, The Soft Moon, Girls Against Boys, Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch, The Pop Group, The Smashing Pumpkins

Day One

Uch, nie przypominam sobie na OFFie podobnego upału. Droga z przystanku na teren festiwalu nigdy nie należy do najprzyjemniejszych momentów, ale w tym roku była to istna gehenna. Całe szczęście nie musiałam wiele łazić po samej dolinie, bo wygląda na to, że po siedmiu latach wreszcie ogarnęłam rozczytywanie książeczkowych opisów zespołów na tyle, że prawie bez wyjątku wybierałam dokładnie te koncerty, które powinnam.

Dzień zaczął się koncertem, który genialnie pasowałby do któregoś z ciemnych krakowskich klubów; Fuka Lata przyciągnęła ludzi do namiotu Trójki niczym magnes. Ich występ był pełen energii i wyśmienicie poprawił mi humor. Uznałam to za bardzo obiecujący początek.

Postanowiłam nie wyłazić jeszcze na słońce i poszłam za tłumem do namiotu eksperymentalnego, gdzie zaczynała grać Stara Rzeka. Dałam się najpierw wciągnąć dziwnym dźwiękom, ale po dłuższym czasie koncert skręcił w stronę niebezpiecznej szarej strefy gdzieś między „dziwne, ale fajne” i „dla mnie jednak zbyt dziwne”.

Nie mogę szczerze powiedzieć, że słuchałam, jak grają Drekoty. Powiedzmy, że te wokale nie pobudzają moich bębenków, choć sama muzyka nadała się na tło zwiedzania terenu festiwalu.

Wróciłam na eksperymentalną zbadać Herę. Wspaniałości; dokładnie ten rodzaj jazzowego hałasu, jaki lubię, wyłączyłam myślenie na pół godziny. Był to też pierwszy przypadek podirytowania się ludźmi przekrzykującymi się z najwyraźniej drażniącą ich muzyką, bo przecież koniecznie muszą sobie opowiedzieć tę historię właśnie teraz, stojąc pod samiutką sceną (poczułam się jak stara, zrzędliwa baba).

Po chilloutowych przyjemnościach nadszedł czas na pobudkę przy dźwiękach rocka, więc wróciłam na namiotu Trójki na koncert Mikala Cronina. Obiecano mi rock rodem z Kalifornii i dokładnie to dostałam. Niektóre z tych kawałków pewnikiem trafią na playlistę „deadline się zbliża”.

Czekałam na koncert Woods. To w końcu jeden z niewielu zespołów, jakie udało mi się obczaić przed przyjazdem! Niestety, szybko mnie znudzili; miałam wrażenie, jakbym słuchała po prostu jakiejś pierwszej z brzegu indie rockowej kapeli, wiecie, takiej, której nic nie odróżnia od wszystkich tych, co też idą za schematem „chłopcy z gitarami i wokalista, co śpiewa jak dziewczyna”. Zabawne jest to, że w nagraniach brzmią zupełnie inaczej. Nie wyrzucę Woods z playlisty, ale jakoś nie zapałałam miłością do ich stylu koncertowania.

Najlepszy koncert dnia wydarzył się w namiocie Trójki (go, tents!). Uwielbiam elektronikę, kocham zatracić się w muzyce. Do namiotu poszłam, prawdę mówiąc, złapać trochę ciepła (upalne dni, zimne noce; taki sierpień!), położyłam się w kącie i pozwoliłam się unieść muzyce The Soft Moon. Z jakiegoś powodu przypomniało mi to Caribou z 2008 roku na Leśnej w Mysłowicach – i samo to powinno być wystarczającym znakiem jakości. Wskazówka: obczajajcie a) późno w nocy, b) na słuchawkach, c) tak głośno, jak dacie radę.

Wiem, że wiele osób wyczekiwało Girls Against Boys, mnie też interesowało, co pokażą. I nie wiem, naprawdę nie wiem, czy to kwestia potwornego upału, czy może po prostu miałam nastrój na coś lżejszego, ale po pięciu minutach byłam tak zmęczona słuchaniem ich grania, że poszłam poszukać jedzenia. Ciągle ich cenię, nie zrozumcie mnie źle! Traktuję to po prostu, jak jedno z tych nieuniknionych festiwalowych poświęceń.

To w zasadzie dobrze, że napełniłam się tikką masalą, bo kto chciałby umierać z głodu podczas koncertu Zbigniewa Wodeckiego i Mitch & Mitch? Swoją drogą, myślę, że ten koncert był najbardziej alternatywną propozycją dnia; alternatywa dla wszystkich wcześniejszych alternatyw. Przypominało mi to niekończącą się paradę kolejnych wersji The Girl from Ipanema. Czy tłum był zadowolony? Moi drodzy, tłum szalał. Wodecki jest czarodziejem. Warte odnotowania: pierwszy raz zdarzyło mi się zobaczyć bis po festiwalowym koncercie, także wiecie. No i nie było „Pszczółki Mai”.

Bardzo chciałam zobaczyć koncert The Pop Group, a tak się złożyło, że większości wysłuchałam stojąc (bezskutecznie zresztą) w kolejnych kolejkach. A jednak są plusy: wyszło na to, że koncert brzmił o wiele lepiej – nawet tanecznie – z pewnej odległości. Kiedy tylko podeszła bliżej sceny (nawet nie na wysokość budki dźwiękowca), moje uszy załkały w akcie protestu. Powinnam była zorganizować sobie jakieś zatyczki do uszu. Wszechświat był dla mnie łaskawy, udało mi się więc dorwać leżaczek i mogłam słuchać koncertu z daleka.

Myślę, że pokonało mnie zmęczenie, bo nie umiałam się dobrze bawić na The Smashing Pumpkins. Jasne, chwila, gdy zagrali Space Oddity była nieziemska, ale chyba musiałabym znać dobrze ich muzykę, żeby przyjemnie spędzić resztę koncertu (a nie znam, jak się pewnie domyślacie).

Koniec końców, świetny pierwszy dzień, prawie nie trafiły się koncerty chybione w 100%. Żal: nie widziałam Blondes. Może gdyby udało mi się wtedy dorwać tę kawę… Kolejki są w tym roku nie do zniesienia.

Znak jakości: Fuka Lata, Hera, Mikal Cronin, The Soft Moon, Zbigniew Wodecki and Mitch & Mitch
Nieprzekonanam: Drekoty, Woods, The Smashing Pumpkins (sorry)

Dlaczego ta recka się urywa w połowie

Jest rok 2016, więc nie pamiętam rzecz jasna, co takiego się wydarzyło; wiem, że w niedzielę wróciłam do domu zamiast pójść na koncerty, bo przez idiotyczną zasadę zakazującą wnoszenia wody na teren festiwalu i dzięki brakowi kapelusza zaliczyłam dość nieprzyjemny epizod z udarem słonecznym. Stare dzieje.