Garść narzekań na Supermana (Man of Steel)

Kiedy oglądając film więcej czasu niż na śledzeniu akcji spędzasz tworząc mentalną checklistę, którego z aktorów widziałeś w innych filmach, a ostatnich 20 minut zajmujesz się czytaniem twittera w telefonie – to znaczy, że ktoś coś spieprzył. Od czego by tu zacząć?

Kręć, potem tnij i sklejaj

Nie jestem wielkim znawcą uniwersum Supermana ani die-hard fanem dotychczasowych ekranizacji czy kreskówkowych adaptacji. Ale jakieś tam popkulturowe pojęcie mam na temat tego, co w filmie o Supermanie powinno się znaleźć: coś z bazą wewnątrz lodowca, coś ze wścibską dziennikarą, redakcja The Daily Planet z kulą ziemską, domek Kentów w szczyrym polu, kryzys tożsamości, okulary czyniące niewidzialnym – takie tam sprawy. Ufałam, że Zack Snyder czy tam Christopher Nolan wiedzą lepiej niż ja, jakie klocki składają się na produkcję o Supermanie i, nie ukrywam, trochę z nadzieją na to, że ktoś mi to wreszcie poukłada.

Well, about that.

Najwyraźniej sensowna konstrukcja fabularna to nie jest jedna z cech, jakich należało oczekiwać. Zamiast tego zachwyceni będą ci widzowie, którzy z radością przyjmują dwudziestominutowy prolog przerywany długimi widokami na (mnie niezbyt fascynujące) statki kosmiczne Kryptonian i eksplodującą katastrofę naturalną.

krypton
Niczym niebo nad wczorajszym Krakowem.

Po którym to prequelu początek filmu nie następuje, za to przeskakujemy bez ostrzeżenia trzydzieści trzy lata (notujecie?) w przyszłość; po to, żeby natychmiast przenieść się jakieś dwadzieścia pięć-siedem wstecz i tak sobie potem skakać wte i wewte przez większą część seansu.

Nie byłoby to jeszcze takim strasznym grzechem, gdyby nie to, że film najwyraźniej kręcono linearnie, a potem ktoś wpadł na pomysł namieszania w liniach czasowych. Albo po prostu kolesiowi przy montażu pomyliły się pliki. Jak inaczej wyjaśnić cięcia tak gwałtowne, że ma się zupełnie nieironiczne (ale nie mniej przez to smutne) wrażenie, że gdzieś zgubił się kwadrans opowieści? (Tym razem nie powiem nic o shaky camera).

Rozwój zatrzymany

Być może nie sam montaż jest jednak powodem poczucia gubienia całych scen. Z wahaniem dochodzę do wniosku, że problemem nie jest też gra aktorska (w tym miejscu pozdrawiam genialnie ekspresywne zmarszczki na czole Henry’ego Cavilla). Najlepszy aktor nie uratowałby jednak tego, co z postaciami zrobił tragiczny scenariusz.

collage
No proszę was.

Brak chemii między Lois i Clarkiem to mało powiedziane; nie użyłabym nawet określenia „drewno”, bojąc się choćby zasugerować jakiekolwiek między dwojgiem napięcie. Ta dwójka nie miała nawet okazji zamienić ze sobą dwóch zdań, a już dialogi sugerowały głęboką emocjonalną więź. A przecież Clark był tak skupiony na rozganianiu antylop na sawannie i zachwycaniu się waleniami, że innych ludzi  – nie mówiąc już o rudej dziennikareczce – nie miał chyba kiedy zauważyć? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się zdaje, że w tej opowieści zwyczajnie brakło miejsca na wątek romantyczny (tak, ja to mówię, doceńcie).

Bo i rola Lois była zupełnie inna. Przepis na posuwanie fabuły do przodu prosty jak budowa cepa: bierzesz postać i  czynisz z niej plot device. Zasadzka na Supermana? Niech Zod zażąda zabrania Lois na pokład, przyda się potencjalny sabotażysta. Nikt nie ma pomysłu na poradzenie sobie z Kryptonianami? Niech Lois wyskoczy z samochodu z donośnym „wiem, jak ich pokonać!”. Przenośne deus ex machinaBecause fuck you.

Warto rozmawiać

Russel Crowe to jeden z mocniejszych elementów filmu; dobrze dobrany do roli, przekonujący, ładnie zagrany. I strasznie, nawet (zwłaszcza?) po śmierci – rozgadany.

Ale to nie tylko jego problem. Na Człowieka z Żelaza składają się bowiem albo dłużące się okrutnie sceny walk (tony, tony gruzu! Więcej gruzu! Przemek podczas trailera Pacific Rim zauważył, że ostatnia walka ludzkości niechybnie odbędzie się na pięści – dodajmy, że ostatnia walka Kryptonian skończy się wraz z powaleniem (przez przebicie się przezeń) ostatniego stojącego jeszcze budynku), albo długie wyjaśnienia. W efekcie mamy film jednocześnie przegadany i z nadmiarem scen akcji – czego pewnie nie potwierdzi matematyczne zliczenie jednego i drugiego, bo wrażenie wynika z kiepskiego zbalansowania jednego z drugim (i jest zamplifikowane szybko kończącą się w trakcie seansu cierpliwością).

Jedna zaleta

Your argument is invalid.
Your argument is invalid.